wtorek, 9 kwietnia 2013

Opowiadanie od Mrocznego

"Wplotłem dłoń w jej srebrzyste włosy. Biała suknia opinała jej delikatne ciało. Była tak blisko mnie, a wydawała się tak odległa. W jej błękitnoszarych oczach widziałem czystą miłość. Cała lśniła blado - srebrnym światłem. Przyłożyła palce do mojego policzka i ostrożnie, jakby niepewnie pocałowała. Odwzajemniłem ten gest przyciągając ją do siebie.
- Kocham cię - wyszeptała czułym tonem - brakuje mi Ciebie... tęsknię...
Złożyła na mych ustach jeszcze jeden pocałunek, po czym rozpłynęła się w ciepłym, nocnym powietrzu.
Jeszcze przez chwilę nie wiedziałem, kim była piękna nieznajoma. Skupiłem się na jej detalach, a później na melodyjnym głosie..."
- Hariett! - wykrzyknąłem, podnosząc się gwałtownie z legowiska. Cały byłem spocony, sierś na czole pozlepiała mi się w lepkie kępy. Oddychałem nierównomiernie. Serce biło mi nienaturalnie szybko, zaś z pod        oczu spływały wielkie łzy, które po zetknięciu ze skalną podłogą zmieniały się w czarne płomienie i znikały.
Wszystkie kości bolaly mnie niemiłosiernie. Każdy, nawet drobny róch kłuł mnie od wewnątrz. Podniosłem się powoli, dusząc w sobie jęk rozpaczy. Gdy w końcu stanąłem, zwaliłem się z impetem na ziemię. Zadzwoniło mi w uszach. Stęknąłem ostatni raz, następnie wstałęm dumnie się prężąc. "Głupie wilcze ciało... tak mnie ogranicza" - pomyślałem. Do mojej głowy nadleciała seria obrazów, ukazująca Hariett w tej innej postaci. Powłuczając nogami dotarłęm do kuchni. W kotle nad ogniskiem zagrzałem trochę wody, aby móc wrzucić do niej troche liści mięty. Gdy moja prowizoryczna herbata była gotowa zaczerpnąłem długi łyk. Ciepły napar koił suchość w gardle, do tego skutecznie pobudzał każdą moją komórkę do dalszego działania. Otrząsnąłem się, by móc ruszyć na polowanie.W końcu wydostałem się z jaskini. Czułemna sobie chłód poranka. Słonce dopiero co wyłaniało się z za widnokręgu, wiatr z kolei, niczym poganiający mnie przyjaciel wypychał mnie do przodu. Niepewnie postawiłem pierwszy krok w kierunku granicy terenu z polaną. Przymróżyłem powieki przypominając sobi ostatnie wydarzenie, które miało tammiejsce. Zacisnąłem szczęki i poczułem nieprzyjemne ukłucie w klatce piersiowej. 
- Już na nogach? - usłyszałem delikatny, melodyjny głos,wydobywający się z ust Izis.
Posłałem jej delikatny uśmiech przez ramię.
- Stado samo się nie wykarmi - powiedziałem przyglądając się jej ze spokojem.
- Mrok... ja pytam na serio... dziś poluje Laira i Saruman...
- Nie mogłem spać - burknąłem, tym razem ponurym i nieprzystępnym tonem.
Izis chyba zrozumiała, bo nie zadawała więcej pytań. Przyjrzałem się jej ostatnio. Po tym, jak przez chwilę była pradawną, trochę się zmieniła. Jej czarne jak smoła futro zbladło, przybierając ciemnoszary odcień, a złote, błyszczące oczy były teraz nienaturalnie szare i puste. Mimo tego cała emanowała swoimi emocjami.
- Mogę Ci w takim razie towarzyszyć?
- Jak chcesz...

<Izis dokończysz>

Opowiadanie od Hyperiona - odchodzę


Łapy trzęsły się pode mną, a każdy krok sprawiał bul. Udało mi się wydostać z podziemia, ale co teraz? Poznałem prawdę o zamiarach Scarlatta i muszę umrzeć.
Mój oddech zrobił się okropnie ciężki. Z trudem nabierałem powietrza do płuc. Byłem wyczerpany, ale i szczęśliwy. Nareszcie zrozumiałem po co los skierował mnie do watahy cierpienia i zagłady. Znalazłem prawdziwą rodzinę oraz przyjaciół. Spędziłem niezapomniane chwile podczas polowań i odnalazłem wewnętrzny spokój.
Uśmiechnąłem się w duchu.
-Poradzą sobie beze mnie...
Położyłem się w korzeniach ogromnego drzewa. Czułem oddech śmierci. Była bardzo blisko. Spojrzałem ostatni raz na zachodzące słońce. Będzie mi go bardzo brakowało.
-Żegnaj...
Z lasu wychynęły driady. Dostrzegłem w śród nich Dar. Czułem się zaszczycony, iż przyszły się ze mną pożegnać przed największą wędrówką. Stały nieruchomo wlepiając we mnie swoje zielone oczy. Dzięki nim nie doskwierała mi samotność.
Pomyślałem o Izis. Czy będzie za mną tęsknić? Przynajmniej nie musi się już martwić, iż wyjawię komuś jej tajemnice. Dotrzymałem danego słowa i mogę odejść z honorem.
Słońce zaszło już zupełnie, a gwiazdy świeciły jeszcze jaśniej niż zazwyczaj. Może mi się to tylko zdawało, ale słyszałem cichą smutną pieśń umarłych. Miała delikatne tony i przejmujące słowa. Mówiła o pozostawionym świecie, o nieodkupionych zbrodniach i wiecznej tułaczce. Nagle uświadomiłem sobie, że nie chcę umierać. Serce przyśpieszyło mi w ostatnim akcie rozpaczy. Zrobiło mi się ciemno przed oczami, a czyjś żelazny uścisk złapał mnie za gardło. W tedy zginąłem. Jednak to nie był koniec. Jakaś jasna postać zbliżyła się do mnie i pogłaskała po głowie. Była to bogini, jednak jej nie rozpoznałem. Uśmiechnęła się ciepło.
-Nie mam takiej mocy by móc przywrócić ci życie, ale ponieważ umierasz z czyjejś winy pozwolę zostać ci duchem. Będziesz strzegł terenu watahy jako widmo samego siebie. Jest to ciężki żywot, ale wystarczy tylko jedno twoje słowo i będziesz mógł tu pozostać.
Skinąłem głową.
-Nie mogę ich zostawić...
Postać uśmiechnęła się.
-Cieszę się że mogłam pomóc.
Przyłożyła swoją dłoń do mojego czoła. Blask rozjaśnił ciemność, a ja poczułem przyjemny wiatr na twarzy. Stałem się duchem...

Do wszystkich! Hyp nie odchodzi bo chce, odchodzi bo musi, a my przyjmiemy go z chęcią z powrotem!