środa, 7 sierpnia 2013

Opowiadanie od Lily

" Czas wracać"

- Nieeeee!!!- wrzasnęłam prosto w twarz Arona.
- Błagam Cię Lil! Zostań ze mną...
- Aron, ja nie mogę... muszę wracać.  Potrzebuje ich, a oni mnie. Wiesz o tym.
- Ja nie wytrzymam bez Ciebie, ani minuty. 
- To wróć ze mną!
- Jestem wilkiem ognia! Zdajesz sobie sprawę,  że mój ojciec... to wróg  Mrocznego? 
- Jak to?
- Aragog... alfa watahy ognia, poniżony przez Mroka...
Spuściłam wzrok. Każdy w watasze wiedział o naszym konflikcie z watahą ognia i o osobistym konflikcie Mrocznego z Aragogiem. Choć teraz gdy pojawił się Scarllatto...
- Rodziny się nie wybiera  Aron. To nie twoja wina, nie pozwól aby błędy twojego ojca zniszczyły ci życie.
Tym razem to on się zmieszał. Nie wiedział co powiedzieć. Jego oczy zdawały mi się puste i smutne.
- Ja...
- Aron...
Użyłam TEGO głosu. TEGO którego obawia się każdy mężczyzna.  Wypowiadając w ten sposób jego imię.
- Choroba, Lily... niech Ci będzie,  ale jeśli się nie uda, a on... no wiesz?
"Nie myślę o tym"
- Odejdę - dalsze słowa utknely mi w gardle - razem z tobą.
Wiedziałam, że kłamię. Nie byłabym w stanie odejść,  tak samo jak nie byłabym w stanie się z nim rozstać.

*******

Niepewnie przekroczyliśmy granicę terenu. Obawiałam się.  Ale postanowiłam bronić Arona.
Niepewnie Zapukałam do drzwi jego gabinetu.  Mój przyjaciel stał za mną.
- Chwila!  - usłyszałam głos Izis
" Jak to? Izis nowym alfą?!" Pomyślałam.
Drzwi uchyliły się.  Za nimi stała Izis. Prxy biurku z kolei zobaczyłam Mrocznego.  Czytał coś.  Wyglądał na bardzo skupionego.
- Musimy pogadać...

( Mrok lub Izis dokończycie?)


wtorek, 23 lipca 2013

Opowiadanie od Mrocznego

  Róża. Dorodny kwiat,  którego płaty zabarwione niegdyś krwią samej Jutrzenki, do dziś błyszczą nieskazitelną czerwienią,  a kolce zaprojektowane przez Hefajstosa w stanie są zranić nawet skórę bogów.
  Krzew winogron. Dający upojenie najgłębszym strapieniom Dionizosa. Który oplatając  swymi silnymi ramionami budynki na szczycie Olimpu zdobył sławę.
  Oraz ostatnimi siłami przez połacie lasu przebijające się kępy jagód,  którymi porzywiwszy się Artemida miała siłę na wiele tygodni.
  Wszystkie te rośliny,  szlachetne niczym rubin, potężne jak szafir i pięknem dorównujące diamentom zakwitały właśnie w ogrodzie Heliestri.
Można by rzec,  że nie potrafię delektować się ich pięknem. Prawda była jednak taka,  iż to wszystko przez pośpiech,  jaki zapanował mną w tej niekoniecznie odpowiadającej mi chwili.  Przymrużyłem oczy w coraz mniejszym spokoju przyglądając się słońcu.  Nasłuchiwałem otoczenia, pragnąc jedynie ograniczenia mojego stresu.
- Heliestrio! - jęknąłem w końcu,  nie mogąc już dłużej wytrzymać.
Królowa przerwała w końcu rozmowę z roślinami patrząc na mnie z wyrzutem.
- Mroczny... do jasnej cholery, czy ty choć raz nie możesz okazać mi należytego szacunku! - krzyknęła pełna irytacji.
Ziemia zadrżała niespokojnie, cały świat zdawał się wstrzymać oddech z przerażenia.
- Błagam Cię!  Przecież ile można bełkotać do kwiatków... - mruknąłem
- Zapomniałeś o czymś?  - zapytała choć było to raczej stwierdzenie.
- Pani - dodałem pospiesznie.
Heliestria widocznie się uspokoiła.
- Dobrze mów szybko czego chcesz i znikaj mi z oczu.
 - Potrzebuje pyłu księżycowego z twojej biblioteki...
- Na litość boską wiesz chyba...
- Po co sama siebie prosisz o litość?
- Mrok! Idź stąd!!! Już! - tym razem głos królowej był tak stanowczy i lodowaty jak usta mrozu.
Czyżbym przesadził. Potężna siła rzuciła mną w czasoprzestrzeń, po sekundzie wylądowałem w mojej jaskini,  pod postacią wilka. Otrzymałem się obolały. Najwidoczniej tak. Odruchowo sprawdziłem czy wszystko leżało na swoim miejscu.
Podłoga zawalona była książkami, a na stole piętrzyły się stosy kartek, listów i zwojów. Co się tyczy listów - nie zdążyłem ich jeszcze przeczytać.  Czy tak trudno jest być bogiem i alpha watahy jednocześnie?  W rogu pomieszczenia spał niczym nie wzruszony Dracon. Do nogi przywiązane miał kolejne pismo za adresowane do mnie. Powoli podreptałem do kuchni. W kominku nadal tlił się ogień.  Mimo tego w pokoju panował nieprzyjemny chłód.  Dorzuciłem do płomieni trochę suchego drewna. Która godzina? Wyszedłem na dwór dość ostentacyjnie szurając łapami po podłożu. Słońce dopiero pojawiało się ponad horyzontem. Około czwartej rano - pomyślałem. Zaraz z patrolu powinni wrócić Seth,  Saruman, Anthrax i Sarahwille. Moje przypuszczenie było słuszne.  Po chwili z lasu wyłoniły się cztery wilcze sylwetki. Puerwsza szła córka Afrodyty - wdzięcznie machając "ogonem". Za nią dreptała reszta.  Wszyscy zdziwili się na mój widok. To prawda od kilku tygodni nie wychodziłem z jaskini zgłębiając tajemnice istnienia. Miałem powody do zmartwień.  Śmierć Hyperiona... odejście Sarumana Czarnego...
- Mroczny?  - zapytała Sarah głosem szczęśliwym, ale pełnym niedowierzania. Zawtórowała jej reszta wilków szczerząca kły w szczerym uśmiechu.
- Tak, to na prawdę ja. - zaśmiałem się
- Tereny i granice czyste, szefie - oznajmił Seth.
- Obudźcie wszystkich,  zbierzcie w na placu głównym - zacząłem - na mój rozkaz.
Miałem im wiele do powiedzenia.
Moi towarzysze obchodzili w kierunku reszty jaskiń mieszkalnych.
- A i jeszcze jedno... Izis ma do mnie przyjść, oczekuję jej przybycia za góra piętnaście minut.
- Dobra szefie - powiedział Saruman.
Poszedłem do siebie do gabinetu i ogarnąłem trochę na biurku.  W kuchni zaparzyłem herbatę i czekałem.

( Izis raczysz dokończyć? :P)



Powracamy

Uwaga drogie wilki!!!
 Nasza wataha ponawia swoją działalność :).
Liczę na waszą pomoc w po sprzątaniu tego łajna w które się wpakowaliśmy :P

Z poważaniem
Mroczny

wtorek, 9 kwietnia 2013

Opowiadanie od Mrocznego

"Wplotłem dłoń w jej srebrzyste włosy. Biała suknia opinała jej delikatne ciało. Była tak blisko mnie, a wydawała się tak odległa. W jej błękitnoszarych oczach widziałem czystą miłość. Cała lśniła blado - srebrnym światłem. Przyłożyła palce do mojego policzka i ostrożnie, jakby niepewnie pocałowała. Odwzajemniłem ten gest przyciągając ją do siebie.
- Kocham cię - wyszeptała czułym tonem - brakuje mi Ciebie... tęsknię...
Złożyła na mych ustach jeszcze jeden pocałunek, po czym rozpłynęła się w ciepłym, nocnym powietrzu.
Jeszcze przez chwilę nie wiedziałem, kim była piękna nieznajoma. Skupiłem się na jej detalach, a później na melodyjnym głosie..."
- Hariett! - wykrzyknąłem, podnosząc się gwałtownie z legowiska. Cały byłem spocony, sierś na czole pozlepiała mi się w lepkie kępy. Oddychałem nierównomiernie. Serce biło mi nienaturalnie szybko, zaś z pod        oczu spływały wielkie łzy, które po zetknięciu ze skalną podłogą zmieniały się w czarne płomienie i znikały.
Wszystkie kości bolaly mnie niemiłosiernie. Każdy, nawet drobny róch kłuł mnie od wewnątrz. Podniosłem się powoli, dusząc w sobie jęk rozpaczy. Gdy w końcu stanąłem, zwaliłem się z impetem na ziemię. Zadzwoniło mi w uszach. Stęknąłem ostatni raz, następnie wstałęm dumnie się prężąc. "Głupie wilcze ciało... tak mnie ogranicza" - pomyślałem. Do mojej głowy nadleciała seria obrazów, ukazująca Hariett w tej innej postaci. Powłuczając nogami dotarłęm do kuchni. W kotle nad ogniskiem zagrzałem trochę wody, aby móc wrzucić do niej troche liści mięty. Gdy moja prowizoryczna herbata była gotowa zaczerpnąłem długi łyk. Ciepły napar koił suchość w gardle, do tego skutecznie pobudzał każdą moją komórkę do dalszego działania. Otrząsnąłem się, by móc ruszyć na polowanie.W końcu wydostałem się z jaskini. Czułemna sobie chłód poranka. Słonce dopiero co wyłaniało się z za widnokręgu, wiatr z kolei, niczym poganiający mnie przyjaciel wypychał mnie do przodu. Niepewnie postawiłem pierwszy krok w kierunku granicy terenu z polaną. Przymróżyłem powieki przypominając sobi ostatnie wydarzenie, które miało tammiejsce. Zacisnąłem szczęki i poczułem nieprzyjemne ukłucie w klatce piersiowej. 
- Już na nogach? - usłyszałem delikatny, melodyjny głos,wydobywający się z ust Izis.
Posłałem jej delikatny uśmiech przez ramię.
- Stado samo się nie wykarmi - powiedziałem przyglądając się jej ze spokojem.
- Mrok... ja pytam na serio... dziś poluje Laira i Saruman...
- Nie mogłem spać - burknąłem, tym razem ponurym i nieprzystępnym tonem.
Izis chyba zrozumiała, bo nie zadawała więcej pytań. Przyjrzałem się jej ostatnio. Po tym, jak przez chwilę była pradawną, trochę się zmieniła. Jej czarne jak smoła futro zbladło, przybierając ciemnoszary odcień, a złote, błyszczące oczy były teraz nienaturalnie szare i puste. Mimo tego cała emanowała swoimi emocjami.
- Mogę Ci w takim razie towarzyszyć?
- Jak chcesz...

<Izis dokończysz>

Opowiadanie od Hyperiona - odchodzę


Łapy trzęsły się pode mną, a każdy krok sprawiał bul. Udało mi się wydostać z podziemia, ale co teraz? Poznałem prawdę o zamiarach Scarlatta i muszę umrzeć.
Mój oddech zrobił się okropnie ciężki. Z trudem nabierałem powietrza do płuc. Byłem wyczerpany, ale i szczęśliwy. Nareszcie zrozumiałem po co los skierował mnie do watahy cierpienia i zagłady. Znalazłem prawdziwą rodzinę oraz przyjaciół. Spędziłem niezapomniane chwile podczas polowań i odnalazłem wewnętrzny spokój.
Uśmiechnąłem się w duchu.
-Poradzą sobie beze mnie...
Położyłem się w korzeniach ogromnego drzewa. Czułem oddech śmierci. Była bardzo blisko. Spojrzałem ostatni raz na zachodzące słońce. Będzie mi go bardzo brakowało.
-Żegnaj...
Z lasu wychynęły driady. Dostrzegłem w śród nich Dar. Czułem się zaszczycony, iż przyszły się ze mną pożegnać przed największą wędrówką. Stały nieruchomo wlepiając we mnie swoje zielone oczy. Dzięki nim nie doskwierała mi samotność.
Pomyślałem o Izis. Czy będzie za mną tęsknić? Przynajmniej nie musi się już martwić, iż wyjawię komuś jej tajemnice. Dotrzymałem danego słowa i mogę odejść z honorem.
Słońce zaszło już zupełnie, a gwiazdy świeciły jeszcze jaśniej niż zazwyczaj. Może mi się to tylko zdawało, ale słyszałem cichą smutną pieśń umarłych. Miała delikatne tony i przejmujące słowa. Mówiła o pozostawionym świecie, o nieodkupionych zbrodniach i wiecznej tułaczce. Nagle uświadomiłem sobie, że nie chcę umierać. Serce przyśpieszyło mi w ostatnim akcie rozpaczy. Zrobiło mi się ciemno przed oczami, a czyjś żelazny uścisk złapał mnie za gardło. W tedy zginąłem. Jednak to nie był koniec. Jakaś jasna postać zbliżyła się do mnie i pogłaskała po głowie. Była to bogini, jednak jej nie rozpoznałem. Uśmiechnęła się ciepło.
-Nie mam takiej mocy by móc przywrócić ci życie, ale ponieważ umierasz z czyjejś winy pozwolę zostać ci duchem. Będziesz strzegł terenu watahy jako widmo samego siebie. Jest to ciężki żywot, ale wystarczy tylko jedno twoje słowo i będziesz mógł tu pozostać.
Skinąłem głową.
-Nie mogę ich zostawić...
Postać uśmiechnęła się.
-Cieszę się że mogłam pomóc.
Przyłożyła swoją dłoń do mojego czoła. Blask rozjaśnił ciemność, a ja poczułem przyjemny wiatr na twarzy. Stałem się duchem...

Do wszystkich! Hyp nie odchodzi bo chce, odchodzi bo musi, a my przyjmiemy go z chęcią z powrotem!

poniedziałek, 11 marca 2013

Saruman Biały-opowiadanie

"Dotąd skrywałem się w mroku, otulony smutkiem i przykryty nienawiścią. Z tym koniec"
Wychyliłem się z zza liści i stanąłem w świetle poranka. Znieruchomiałem na sekunde,by zarejestrować dżwięki otaczającego mnie świata. Zabierałem się już do wymarszu, lecz nagle przypomniałem sobie o wnykach, które zastawiłem wczoraj wieczorem. Może sprawdzenie ich nie jest rozsądne kiedy w okolicy przybywają wrogowie - pomyślałem - ale musze podjąc ryzyko... zbyt wiele lat spędziłem na polowaniach. Po za tym nie mogę się oprzeć pokusie świeżego mięsa. Nagrodą okazał się dorodny królik. Szybko go oporządziłem i oczyściłem, przykrywając głowe, łapy, skórę i wnętrzności stertą liści. Wyruszyłem, w marszu zajadając się świerzym mięsem. Słońce wzeszło i zrobiło się jasno,nawet pod konarami drzew. Minął zaledwie dzień, a ja w niesamowitym tępie się odwadniałem. Cóż woda spływa w dół doliny to chyba podążam w dobrym kierunku. Gdyby jeszcze udało mi się znaleźć zwierzęcy szlak do wodopoju, albo intensywnie zieloną kępę roślin. W ten sposób szybko dotarłbym do celu. Nic w około jednak się nie zmieniało. Teren łagodnie się obniża, latają te same ptaki i drzewa też takie same. Mijały godziny a ja coraz bardziej uświadamiałem sobie, że moja sytuacja staje się fatalna. Bolała mnie głowa a z języka srbił się suchy placek, którego w rzaden sposób nie potrafiłem nawilżyć. Słońce drażniło moje oczy. Późnym po południem wydawało mi się, że znalazłem ratunek. Dostrzegłem kępę krzaków i pędem podbiegłem tam,by nawlżyć język sokiem z owoców." Przynajmniej to" - pomyślałem wykrzywiając się w grymasie. Ogarniało mnie coraz silniejsze wyczerpanie, które nie miało nic wspólnego z długą wędrówką. Coraz częściej zatrzymywałem się na odpoczynek,chociaż wiedziałem, że tylko konsekwentne poszukiwania zaradzą moim słabością. Wypatrywałem śladów wody, jednak gdzie kolwiek spojrzałem, wszędzie widziałem jednolitą połać lasu.Postanowiłem maszerować do zmroku, jednak przerwałem marszutre dopiero wedy,gdy zacząłem potykać się o własne nogi. Zmordowany wczołgałem się w dziure pod korzeniami drzewa. Zapadła noc. Strach przed watachą zawodowców zszedł na drugi plan. Myślałem tylko o palącym pragnieniu.
 Ranek przyniósł cierpienie.Przy każdym uderzeniu serca, czułem bolesne łomotane w głowie. Nawet najlżejszy ruch prowadził do szarpiącego bólu stawów. W głębi duszy miałem przeczucie, że żle postępuję. Powinienem zachowywać się  ostrożniej, poruszać szybciej i sprawniej. Czułem się jednak tak, jakbym miał watę w głowiei nic nie mogłem zaplanować. Powinienem wrócić do jeziora? Marny pomysł. Nie udałoby mi się.Więc może liczyć na deszcz? Na niebie jednak nie dostrzegłem ani jednej chmurki. Musiałem szukać dalej, nie miałem innego wyjścia.
- Woda -  powiedziałem na tyle głośnona ile mi starczyło odwagi i pełny nadzieji czekam na deszcz. Ukryłem twarz między łapami... Po mimo całej złości, nienawiści i podejrzliwości zacisnąłem zęby i dźwignąłem się na nogi. Słońce prażyło bez opamiętania, panował jeszcze gorszy skwar niż wczoraj. Czułem się jak kawałek startej skóry - schnącej i pękającej w upale. Każdy krok stawiałem z ogromnym wysiłkiem, ale nie chciałem się zatrzymać. " Nie mogę się poddać" . Gdy doszło południe wiedziałem, że koniec jest bliski. Łapy mi się trzęsły, a serce waliło stanowczo zbyt szybko. Potykałem się często, ale za każdym razem udawało mi się odzyskać równowagę. Oczy same mi się zamykały. " Nie jest źle" - próbowałem sobie wmówić. Upał słabł co świadczyło o zbliżającym się wieczorze. Poczułem delikatną, słodką woń kojarzącą mi się z liliami. Grzebnąłem łapą po wierzchni gleby, palce z łatwością ślizgały mi się po ziemi. " Tutaj dobrze będzie umrzeć".

- ciąg dalszy nastąpi-