"Dotąd skrywałem się w mroku, otulony smutkiem i przykryty nienawiścią. Z tym koniec"
Wychyliłem się z zza liści i stanąłem w świetle poranka. Znieruchomiałem na sekunde,by zarejestrować dżwięki otaczającego mnie świata. Zabierałem się już do wymarszu, lecz nagle przypomniałem sobie o wnykach, które zastawiłem wczoraj wieczorem. Może sprawdzenie ich nie jest rozsądne kiedy w okolicy przybywają wrogowie - pomyślałem - ale musze podjąc ryzyko... zbyt wiele lat spędziłem na polowaniach. Po za tym nie mogę się oprzeć pokusie świeżego mięsa. Nagrodą okazał się dorodny królik. Szybko go oporządziłem i oczyściłem, przykrywając głowe, łapy, skórę i wnętrzności stertą liści. Wyruszyłem, w marszu zajadając się świerzym mięsem. Słońce wzeszło i zrobiło się jasno,nawet pod konarami drzew. Minął zaledwie dzień, a ja w niesamowitym tępie się odwadniałem. Cóż woda spływa w dół doliny to chyba podążam w dobrym kierunku. Gdyby jeszcze udało mi się znaleźć zwierzęcy szlak do wodopoju, albo intensywnie zieloną kępę roślin. W ten sposób szybko dotarłbym do celu. Nic w około jednak się nie zmieniało. Teren łagodnie się obniża, latają te same ptaki i drzewa też takie same. Mijały godziny a ja coraz bardziej uświadamiałem sobie, że moja sytuacja staje się fatalna. Bolała mnie głowa a z języka srbił się suchy placek, którego w rzaden sposób nie potrafiłem nawilżyć. Słońce drażniło moje oczy. Późnym po południem wydawało mi się, że znalazłem ratunek. Dostrzegłem kępę krzaków i pędem podbiegłem tam,by nawlżyć język sokiem z owoców." Przynajmniej to" - pomyślałem wykrzywiając się w grymasie. Ogarniało mnie coraz silniejsze wyczerpanie, które nie miało nic wspólnego z długą wędrówką. Coraz częściej zatrzymywałem się na odpoczynek,chociaż wiedziałem, że tylko konsekwentne poszukiwania zaradzą moim słabością. Wypatrywałem śladów wody, jednak gdzie kolwiek spojrzałem, wszędzie widziałem jednolitą połać lasu.Postanowiłem maszerować do zmroku, jednak przerwałem marszutre dopiero wedy,gdy zacząłem potykać się o własne nogi. Zmordowany wczołgałem się w dziure pod korzeniami drzewa. Zapadła noc. Strach przed watachą zawodowców zszedł na drugi plan. Myślałem tylko o palącym pragnieniu.
Ranek przyniósł cierpienie.Przy każdym uderzeniu serca, czułem bolesne łomotane w głowie. Nawet najlżejszy ruch prowadził do szarpiącego bólu stawów. W głębi duszy miałem przeczucie, że żle postępuję. Powinienem zachowywać się ostrożniej, poruszać szybciej i sprawniej. Czułem się jednak tak, jakbym miał watę w głowiei nic nie mogłem zaplanować. Powinienem wrócić do jeziora? Marny pomysł. Nie udałoby mi się.Więc może liczyć na deszcz? Na niebie jednak nie dostrzegłem ani jednej chmurki. Musiałem szukać dalej, nie miałem innego wyjścia.
- Woda - powiedziałem na tyle głośnona ile mi starczyło odwagi i pełny nadzieji czekam na deszcz. Ukryłem twarz między łapami... Po mimo całej złości, nienawiści i podejrzliwości zacisnąłem zęby i dźwignąłem się na nogi. Słońce prażyło bez opamiętania, panował jeszcze gorszy skwar niż wczoraj. Czułem się jak kawałek startej skóry - schnącej i pękającej w upale. Każdy krok stawiałem z ogromnym wysiłkiem, ale nie chciałem się zatrzymać. " Nie mogę się poddać" . Gdy doszło południe wiedziałem, że koniec jest bliski. Łapy mi się trzęsły, a serce waliło stanowczo zbyt szybko. Potykałem się często, ale za każdym razem udawało mi się odzyskać równowagę. Oczy same mi się zamykały. " Nie jest źle" - próbowałem sobie wmówić. Upał słabł co świadczyło o zbliżającym się wieczorze. Poczułem delikatną, słodką woń kojarzącą mi się z liliami. Grzebnąłem łapą po wierzchni gleby, palce z łatwością ślizgały mi się po ziemi. " Tutaj dobrze będzie umrzeć".
- ciąg dalszy nastąpi-
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz