"Dotąd skrywałem się w mroku, otulony smutkiem i przykryty nienawiścią. Z tym koniec"
Wychyliłem się z zza liści i stanąłem w świetle poranka. Znieruchomiałem na sekunde,by zarejestrować dżwięki otaczającego mnie świata. Zabierałem się już do wymarszu, lecz nagle przypomniałem sobie o wnykach, które zastawiłem wczoraj wieczorem. Może sprawdzenie ich nie jest rozsądne kiedy w okolicy przybywają wrogowie - pomyślałem - ale musze podjąc ryzyko... zbyt wiele lat spędziłem na polowaniach. Po za tym nie mogę się oprzeć pokusie świeżego mięsa. Nagrodą okazał się dorodny królik. Szybko go oporządziłem i oczyściłem, przykrywając głowe, łapy, skórę i wnętrzności stertą liści. Wyruszyłem, w marszu zajadając się świerzym mięsem. Słońce wzeszło i zrobiło się jasno,nawet pod konarami drzew. Minął zaledwie dzień, a ja w niesamowitym tępie się odwadniałem. Cóż woda spływa w dół doliny to chyba podążam w dobrym kierunku. Gdyby jeszcze udało mi się znaleźć zwierzęcy szlak do wodopoju, albo intensywnie zieloną kępę roślin. W ten sposób szybko dotarłbym do celu. Nic w około jednak się nie zmieniało. Teren łagodnie się obniża, latają te same ptaki i drzewa też takie same. Mijały godziny a ja coraz bardziej uświadamiałem sobie, że moja sytuacja staje się fatalna. Bolała mnie głowa a z języka srbił się suchy placek, którego w rzaden sposób nie potrafiłem nawilżyć. Słońce drażniło moje oczy. Późnym po południem wydawało mi się, że znalazłem ratunek. Dostrzegłem kępę krzaków i pędem podbiegłem tam,by nawlżyć język sokiem z owoców." Przynajmniej to" - pomyślałem wykrzywiając się w grymasie. Ogarniało mnie coraz silniejsze wyczerpanie, które nie miało nic wspólnego z długą wędrówką. Coraz częściej zatrzymywałem się na odpoczynek,chociaż wiedziałem, że tylko konsekwentne poszukiwania zaradzą moim słabością. Wypatrywałem śladów wody, jednak gdzie kolwiek spojrzałem, wszędzie widziałem jednolitą połać lasu.Postanowiłem maszerować do zmroku, jednak przerwałem marszutre dopiero wedy,gdy zacząłem potykać się o własne nogi. Zmordowany wczołgałem się w dziure pod korzeniami drzewa. Zapadła noc. Strach przed watachą zawodowców zszedł na drugi plan. Myślałem tylko o palącym pragnieniu.
Ranek przyniósł cierpienie.Przy każdym uderzeniu serca, czułem bolesne łomotane w głowie. Nawet najlżejszy ruch prowadził do szarpiącego bólu stawów. W głębi duszy miałem przeczucie, że żle postępuję. Powinienem zachowywać się ostrożniej, poruszać szybciej i sprawniej. Czułem się jednak tak, jakbym miał watę w głowiei nic nie mogłem zaplanować. Powinienem wrócić do jeziora? Marny pomysł. Nie udałoby mi się.Więc może liczyć na deszcz? Na niebie jednak nie dostrzegłem ani jednej chmurki. Musiałem szukać dalej, nie miałem innego wyjścia.
- Woda - powiedziałem na tyle głośnona ile mi starczyło odwagi i pełny nadzieji czekam na deszcz. Ukryłem twarz między łapami... Po mimo całej złości, nienawiści i podejrzliwości zacisnąłem zęby i dźwignąłem się na nogi. Słońce prażyło bez opamiętania, panował jeszcze gorszy skwar niż wczoraj. Czułem się jak kawałek startej skóry - schnącej i pękającej w upale. Każdy krok stawiałem z ogromnym wysiłkiem, ale nie chciałem się zatrzymać. " Nie mogę się poddać" . Gdy doszło południe wiedziałem, że koniec jest bliski. Łapy mi się trzęsły, a serce waliło stanowczo zbyt szybko. Potykałem się często, ale za każdym razem udawało mi się odzyskać równowagę. Oczy same mi się zamykały. " Nie jest źle" - próbowałem sobie wmówić. Upał słabł co świadczyło o zbliżającym się wieczorze. Poczułem delikatną, słodką woń kojarzącą mi się z liliami. Grzebnąłem łapą po wierzchni gleby, palce z łatwością ślizgały mi się po ziemi. " Tutaj dobrze będzie umrzeć".
- ciąg dalszy nastąpi-
poniedziałek, 11 marca 2013
Opowiadanie od Mrocznego
- Tak łatwo to nie… - zaczęła Sky i pewnie by skończyła gdyby nie głośne wycie z południa. Głos ten rozpoznałem od razu, a unosił się tak delikatnie, lecz stanowczo, iż od razu rozpoznałem, że Izis wyje na alarm. Wszystko działo się tak szybko. Leach otwierając szeroko oczy, przesłała mi przelotne spojrzenie i gwałtownie wystartowała do przodu, wymijając blokującą ją Amnesie, zrobiłem to samo i pędząc niczym wiatr dogoniłem Le po paru zwinnych skokach, po czym wyprzedziłem ją z niesamowitą prędkością pracując łapami. Każdy mięsień pracował teraz z całych sił, a do mnie powoli docierało skąd wycie na alarm… Scarllatto… Wyobrażając sobie jego bandę krzywdzącą moją rodzinę przyspieszyłem, gnając tempem boga i nie dając Leach szans na dogonienie mnie. Drzewa rozmazywały mi się przed oczami, mimo tego sprytnie wymijałem każdy konar i gałąź. Po chwili wpadłem na teren watahy wyglądając moich przyjaciół. Zobaczyłem jedynie cień wilka na szczycie Dum-dum, góry przeznaczenia… Wybiłem się i dosłownie jednym skokiem dotarłem na miejsce bitwy. Było nas 23, ich piętnastu mimo tego widziałem, że przegrywamy. Jeszcze jeden skok i przeleciałem nad Izis, wbijając kły w jej oprawce, kryształową wilczyce i odrywając jej głowie od reszty ciała, gruchocząc kości i miażdżąc mięśnie wyrzuciłem ją do góry. Krew wytrysnęła, jak woda gejzeru, barwiąc moje futro i pysk, zajęło mi to zaledwie sekundę. Kolejny wyskok, kolejny atak. Mordowałem jak maszyna, zostawiając po sobie jedynie śmierć, nie byłem w stanie powiedzieć jak odróżniłem moich przyjaciół od wroga, ale byłem pewny, że ani jednego nie zadrasnąłem. Po kilku minutach czas stanął, W dosłownie spowolnionym tempie rozejrzałem się dookoła, widząc swoje dzieło. Martwe wilki leżały jak porozrzucane zabawki, a moi bracia i siostry, cali umazani morderczą cieczą, dysząc ciężko patrzyli na mnie z łzami szczęścia w oczach. Seth spojrzał na Le, nie wiedziałem, kiedy dotarła na miejsce, wiedziałem natomiast, że bardzo mi pomogła. Sharon uśmiechnął się do Flame, która mimo wszystkiego: brudu, błota i pozlepianej sierści oraz zmęczenia, zachowała grację. Lil posłała ostrożne spojrzenie piaskowej wilczycy o drobnych, delikatnych kształtach. Rozglądałem się wkoło szukając Izis… nie było jej.
- Szukajcie Izis! – wykrzyknąłem przerażony.
Przerzucając truchła dokopałem się do jej nieruchomego ciała. „Nie!” pomyślałem…
Cała umazana i brudna opadła delikatnie na moje łapy, a ja poczułem oddech…
- Mam ją! Ona żyje! Potrzebuje pomocy! – wydarłem się do reszty
Przyjrzałem się jej dokładnie, ani rany czy blizny… to nie przez walkę. Odgarnąłem czarną grzywę z jej czoła. Widniał na nim znak, znak pradawnych i upadłych…
- Co jej jest? – zapytał Shoun patrząc na nią niespokojnym wzrokiem.
- Odejdźcie, tym musze zająć się sam – mruknąłem – zabrać i spalić wszystkie ciała!
Podniosłem się rozpoczynając czary… igrając z magią cierpienia i zagłady. Wokół mnie i Izis zapłonął czarny ogień, rysując koślawe wzory własnym płomieniem. Tym samym płomieniem zaświeciły moje oczy. Zmieniając postać w siebie, boga, a nie wilka stanąłem nad nią wymawiając słowa zaklęcia:
- Ceciderunt tempus finitur in flamma, antiqui potestas hoc infunditur umbras, in fortitudine et patientibus, et contritio magicae, pick sursum iacentes in mea stella potestatem! Ego tamen in moerore et tristitia, non fit valida forent!
Izis gwałtownie otworzyła oczy biorąc głęboki wdech… Zmieniłem się ponownie w wilka, a ja odwróciłem wzrok w kierunku góry ognia….
- To koniec… - wyszeptałem
Głos Scarllatta dochodzący z lasu obił się tylko o moje uszy:
- Nie tatulku, to dopiero początek!
--- ciąg dalszy nastąpi ---
Uwaga dla ciekawych oto tekst zaklęcia:
Upadłego czas zakończył się w płomieniu, pradawnych moc rozpłynie się w cieniu, w sile i cierpieniu, magi i zagładzie, odbieram upadłym nad mą gwiazdą władzę! I niechaj mimo bólu i smutku, czar potężny nie dojdzie do skutku!
- Szukajcie Izis! – wykrzyknąłem przerażony.
Przerzucając truchła dokopałem się do jej nieruchomego ciała. „Nie!” pomyślałem…
Cała umazana i brudna opadła delikatnie na moje łapy, a ja poczułem oddech…
- Mam ją! Ona żyje! Potrzebuje pomocy! – wydarłem się do reszty
Przyjrzałem się jej dokładnie, ani rany czy blizny… to nie przez walkę. Odgarnąłem czarną grzywę z jej czoła. Widniał na nim znak, znak pradawnych i upadłych…
- Co jej jest? – zapytał Shoun patrząc na nią niespokojnym wzrokiem.
- Odejdźcie, tym musze zająć się sam – mruknąłem – zabrać i spalić wszystkie ciała!
Podniosłem się rozpoczynając czary… igrając z magią cierpienia i zagłady. Wokół mnie i Izis zapłonął czarny ogień, rysując koślawe wzory własnym płomieniem. Tym samym płomieniem zaświeciły moje oczy. Zmieniając postać w siebie, boga, a nie wilka stanąłem nad nią wymawiając słowa zaklęcia:
- Ceciderunt tempus finitur in flamma, antiqui potestas hoc infunditur umbras, in fortitudine et patientibus, et contritio magicae, pick sursum iacentes in mea stella potestatem! Ego tamen in moerore et tristitia, non fit valida forent!
Izis gwałtownie otworzyła oczy biorąc głęboki wdech… Zmieniłem się ponownie w wilka, a ja odwróciłem wzrok w kierunku góry ognia….
- To koniec… - wyszeptałem
Głos Scarllatta dochodzący z lasu obił się tylko o moje uszy:
- Nie tatulku, to dopiero początek!
--- ciąg dalszy nastąpi ---
Uwaga dla ciekawych oto tekst zaklęcia:
Upadłego czas zakończył się w płomieniu, pradawnych moc rozpłynie się w cieniu, w sile i cierpieniu, magi i zagładzie, odbieram upadłym nad mą gwiazdą władzę! I niechaj mimo bólu i smutku, czar potężny nie dojdzie do skutku!
niedziela, 10 marca 2013
Opowiadanie od Tuski (wspomnienia)
Chociaż
jesteśmy kowalami własnego losu nie zawsze bywa on tak łaskawy jak
byśmy chcieli. Nim Mroczny przyjął mnie do swej watahy moje życie
było usłane różami, lecz kolczastymi. Wszystko to pamiętam do
dziś, już od chwili mych narodzin. Od urodzenia żyłam z mą
najukochańszą matką… Była to przepiękna biała wilczyca o
błękitnych oczach i najmiękkciejszej sierści, w jaką się
wtulałam. Mieszkałyśmy w jaskini na lekkim wzniesieniu nieopodal
skromnego lasku. Zima była tam najdłużej odwiedzającą porą
roku, lecz ja nie czułam zimna gdyż mama zawszę mnie grzała.
Jednak pewna rzecz nie dawała mi spokoju. Każdego dnia moja matka
wpatrywała się w wejście do jaskini jakby na kogoś czekała, lecz
nikt się nie pojawiał. Gdy zapytałam się ją, czemu tak się
przygląda wejściu odpowiedziała:
-Wiesz moja maleńka Tsuki, jeżeli będziesz miała kogoś, kogo pokochasz najmocniej będziesz w stanie czekać wieczność aż ta osoba wróci-matka spojrzała na mnie rozmarzonymi oczami.
-Ale, co jeżeli ta osoba się nie pojawi nigdy i będziesz czekać na marne z fałszywą nadzieją?- spytałam z posmutniałą miną.
-Nadzieja to coś, w co wierzymy. Nie ma czegoś takiego jak fałszywa nadzieja, jest tylko zwątpienie w nią, ale nie oznacza to, że mamy ją porzucić- odpowiedziała wilczyca z uśmiechem do córki- Poza tym nie była bym Nadzieją gdybym w nią nie wierzyła. Rodzice nazwali mnie Nozomu co oznacz Nadzieja gdyż wierzyli, że będę najważniejszą podporą watahy.
-Watahy? A co to takiego? Nigdy nie wspominałaś o moich dziadkach ani o moim ojcu? Właściwie to miałam już dawno zapytać. Kim oni są i dlaczego nie jesteśmy razem z nimi? Czy coś im się stało?- spytałam po zaczerpnięciu odwagi na nurtujące mnie pytania.
Mama nagle posmutniała, ale nie próbowała po sobie tego poznać.
-Tak, masz już pół roku, więc wydaje mi się, że jesteś już wystarczająco duża by znać całą historię naszej miłości i cierpienia wynikającego z pewnych przeciwności.
Zaczęło się to, gdy miałam zaledwie rok. Byłam córką przywódcy watahy wraz z mymi siostrami, …czyli Wiarą i … czyli Miłością. Udawałam się na moje pierwsze samodzielne łowy na zwierzynę. Przyczaiłam się na zająca, lecz gdy go zaatakowałam zderzyłam się z drugim wilkiem. Był mniej więcej w moim wieku, miał czarną sierść i żółto-złote oczy. Po chwili dowiedziałam się, że ma na imię Ogami i był niezadowolony, że mu przerwałam łowy. Po sprzeczce z nudów postanowiliśmy się trochę pobawić, bo i tak nie mieliśmy zbyt wielkiego wyboru. Pomimo wcześniejszej kłótni świetnie się bawiłam i on najwyraźniej też. Jednak dzień się kończył i musieliśmy wracać, ale pojęcie czasu wyleciało nam z głowy. Podczas zabawy mój ojciec nagle z nikąd złapał mnie za kark i podniósł, tak samo jak w tym samym czasie nieznany mi wilk podniósł Ogamiego. Oboje szybko byliśmy prowadzeni w przeciwnych kierunkach. Gdy spytałam tatę, dlaczego idziemy w przeciwnym kierunku odpowiedział, że był to wilk z wrogiego stada i niewolno mi się do niego zbliżać. Była zszokowana i smutna, że nie będę mogła widywać się z Ogamim, ale ojciec był zbyt stanowczy by mu się sprzeciwić. I tak minęło półtora roku, a ja zdążyłam o wszystkim zapomnieć.
Ze względu na to, że skończyłam już 2,5 roku, ojciec zaczął już myśleć o moim przyszłym zamążpójściu, lecz ja nie miałam ochoty być z kimś, kogo bym nie pokochała. Zamiast tego wolałam spacerować po lesie w czasie pełni. Pewnego wieczoru, gdy wypoczywałam nad jeziorem, po jego drugiej stronie ujrzałam czarnego wilka. Byłam ciekawa kto to, więc powoli podchodziłam naokoło jeziora zbliżając się do niego. Gdy znalazłam się niedaleko wilka, spojrzałam na niego i ujrzałam Ogamiego, o którym prawie zupełnie zapomniałam. Niestety przypomniałam sobie zakaz ojca i właśnie miałam się wycofać, gdy dawny przyjaciel dostrzegł mnie. Przez chwile nasze oczy spoglądały na siebie, a po chwili rozpoczęliśmy rozmowę. Obydwoje byliśmy zaskoczeni widząc siebie, ale po chwili obydwoje byliśmy szczęśliwi, że się spotkaliśmy skoro tak szybko nas rozdzielno. Sama nie wiem jak to się stało i nie chcę ci rozpowiadać aż tak tej historii, więc powiem po prostu, że nim się obejrzałam zaczęliśmy się często widywać i spędzać ze sobą dużo czasu. I tak minęło pół roku, lecz mi zdawało jakbyśmy się znali bez przerwy od urodzenia. Nasza przyjaźń w pewnym czasie zamieniła się w miłość i byłam bardzo szczęśliwa. Niestety pewnego dnia ojciec oświadczył, że nareszcie znalazł odpowiednie kandydata na mojego partnera. Do dziś żałuję jednak, że pod wpływem emocji powiedziałam mu wtedy, że kocham Ogamiego. Ojciec słysząc to wpadł w szał i prawie by mnie uderzył, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Całkowicie zabronił mi się z nim spotykać i nakazałbym była z tym, którego on wybierze, ale ja nie dałam za wygraną i natychmiast pobiegłam jak najszybciej się dało do Ogamiego. Musiałam zgubić wilki, które mnie goniły, ale udało mi się do niego dobiec. Gdy tylko Ogami spytał, co się stało, wyjaśniłam mu wszystko. Prawie bez chwili namysłu zaproponował ucieczkę z daleka watah, tak by nikt nas nie znalazł. Uciekliśmy nocą, gdy księżyc w pełni oświetlał nam drogę. Po kilku dniach ciągłej drogi dotarliśmy do skraju naszej krainy i początku drugiej, w której nie zamieszkiwało zbyt wielu. Tu mogliśmy mieć upragniony spokój i tak było przez kolejne pół roku, lecz wszystko co dobre kiedyś się kończy. Zaufany przyjaciel poinformował nas, że wataha Ogamiego zbliża się do nas by zabić go za zdradę i przy okazji mnie za to, że go omamiłam. To była dla nas tragedia tym bardziej, że niedługo ty miałaś przyjść na świat. Nie miałam siły uciekać, a wilki były coraz bliżej. Wtedy Ogami spoważniał i powiedział, że to jego przede wszystkim szukają, więc dociągnie je ode mnie by nic nie stało się mi i dziecku. Nie mogłam się na to zgodzić, lecz on był zbyt uparty. Wychodząc powiedział, że na pewno tu wróci i przyrzekł, że już nigdy nie będziemy musieli uciekać, a do tego czasu mam zająć się naszą Tsukiberi sama. Niestety mijały dni i tygodnie, a on nie pojawił się już nigdy. Chciałam go poszukać, ale było już zbyt mało czasu do porodu i nie miałam sił. Potem urodziłaś się ty i nie mogłam cię tak zostawić. Nie wybaczyłabym tego sobie, jako matka i on też by mi tego nie wybaczył. I tak zostało do dziś moja droga.
Przez pewien moment musiałam się otrząsnąć po tym, co usłyszałam, ale po chwili wróciłam do rzeczywistości.- A więc to tatę wypatrujesz codziennie, czy czasem nie powróci? Ale zaraz, nazwał mnie Tsukiberi?- spytałam zdziwiona.
-Tak- uśmiechnęła się mama- To twoje całe imię. Ojciec chciałbyś nazywała się Tsuki, czyli Księżyc, a ja Beri, czyli Jagoda. Żadne z nas nie chciało ustąpić i wyszła Księżycowa Jagoda, ale póki byłaś mała chciałam do ciebie mówić krócej, a dopiero później podać ci całe imię. A skoro już wspomniałyśmy o jedzeniu to czas coś upolować. Poczekaj tu chwilę, a ja wrócę za moment.
Tak więc położyłam się, a mama opuściła jaskinię. Byłam bardzo senna i miałam już zamknąć oczy, gdy nagle przeszył mnie dziwny dreszcz. Spojrzałam dookoła siebie, lecz nikogo nie widziałam. Po chwili jednak zwróciłam wzrok w stronę wejścia i zobaczyłam niewyraźnie wilka. Pomyślałam, że to tata wreszcie wrócił do nas pomimo minionego czasu. Już się cieszyłam i pobiegłam w jego stronę, lecz po chwili nie miałam dobrego przeczucia, gdy zobaczyłam przybysza z bliska…
Ciąg Dalszy Nastąpi…
-Wiesz moja maleńka Tsuki, jeżeli będziesz miała kogoś, kogo pokochasz najmocniej będziesz w stanie czekać wieczność aż ta osoba wróci-matka spojrzała na mnie rozmarzonymi oczami.
-Ale, co jeżeli ta osoba się nie pojawi nigdy i będziesz czekać na marne z fałszywą nadzieją?- spytałam z posmutniałą miną.
-Nadzieja to coś, w co wierzymy. Nie ma czegoś takiego jak fałszywa nadzieja, jest tylko zwątpienie w nią, ale nie oznacza to, że mamy ją porzucić- odpowiedziała wilczyca z uśmiechem do córki- Poza tym nie była bym Nadzieją gdybym w nią nie wierzyła. Rodzice nazwali mnie Nozomu co oznacz Nadzieja gdyż wierzyli, że będę najważniejszą podporą watahy.
-Watahy? A co to takiego? Nigdy nie wspominałaś o moich dziadkach ani o moim ojcu? Właściwie to miałam już dawno zapytać. Kim oni są i dlaczego nie jesteśmy razem z nimi? Czy coś im się stało?- spytałam po zaczerpnięciu odwagi na nurtujące mnie pytania.
Mama nagle posmutniała, ale nie próbowała po sobie tego poznać.
-Tak, masz już pół roku, więc wydaje mi się, że jesteś już wystarczająco duża by znać całą historię naszej miłości i cierpienia wynikającego z pewnych przeciwności.
Zaczęło się to, gdy miałam zaledwie rok. Byłam córką przywódcy watahy wraz z mymi siostrami, …czyli Wiarą i … czyli Miłością. Udawałam się na moje pierwsze samodzielne łowy na zwierzynę. Przyczaiłam się na zająca, lecz gdy go zaatakowałam zderzyłam się z drugim wilkiem. Był mniej więcej w moim wieku, miał czarną sierść i żółto-złote oczy. Po chwili dowiedziałam się, że ma na imię Ogami i był niezadowolony, że mu przerwałam łowy. Po sprzeczce z nudów postanowiliśmy się trochę pobawić, bo i tak nie mieliśmy zbyt wielkiego wyboru. Pomimo wcześniejszej kłótni świetnie się bawiłam i on najwyraźniej też. Jednak dzień się kończył i musieliśmy wracać, ale pojęcie czasu wyleciało nam z głowy. Podczas zabawy mój ojciec nagle z nikąd złapał mnie za kark i podniósł, tak samo jak w tym samym czasie nieznany mi wilk podniósł Ogamiego. Oboje szybko byliśmy prowadzeni w przeciwnych kierunkach. Gdy spytałam tatę, dlaczego idziemy w przeciwnym kierunku odpowiedział, że był to wilk z wrogiego stada i niewolno mi się do niego zbliżać. Była zszokowana i smutna, że nie będę mogła widywać się z Ogamim, ale ojciec był zbyt stanowczy by mu się sprzeciwić. I tak minęło półtora roku, a ja zdążyłam o wszystkim zapomnieć.
Ze względu na to, że skończyłam już 2,5 roku, ojciec zaczął już myśleć o moim przyszłym zamążpójściu, lecz ja nie miałam ochoty być z kimś, kogo bym nie pokochała. Zamiast tego wolałam spacerować po lesie w czasie pełni. Pewnego wieczoru, gdy wypoczywałam nad jeziorem, po jego drugiej stronie ujrzałam czarnego wilka. Byłam ciekawa kto to, więc powoli podchodziłam naokoło jeziora zbliżając się do niego. Gdy znalazłam się niedaleko wilka, spojrzałam na niego i ujrzałam Ogamiego, o którym prawie zupełnie zapomniałam. Niestety przypomniałam sobie zakaz ojca i właśnie miałam się wycofać, gdy dawny przyjaciel dostrzegł mnie. Przez chwile nasze oczy spoglądały na siebie, a po chwili rozpoczęliśmy rozmowę. Obydwoje byliśmy zaskoczeni widząc siebie, ale po chwili obydwoje byliśmy szczęśliwi, że się spotkaliśmy skoro tak szybko nas rozdzielno. Sama nie wiem jak to się stało i nie chcę ci rozpowiadać aż tak tej historii, więc powiem po prostu, że nim się obejrzałam zaczęliśmy się często widywać i spędzać ze sobą dużo czasu. I tak minęło pół roku, lecz mi zdawało jakbyśmy się znali bez przerwy od urodzenia. Nasza przyjaźń w pewnym czasie zamieniła się w miłość i byłam bardzo szczęśliwa. Niestety pewnego dnia ojciec oświadczył, że nareszcie znalazł odpowiednie kandydata na mojego partnera. Do dziś żałuję jednak, że pod wpływem emocji powiedziałam mu wtedy, że kocham Ogamiego. Ojciec słysząc to wpadł w szał i prawie by mnie uderzył, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Całkowicie zabronił mi się z nim spotykać i nakazałbym była z tym, którego on wybierze, ale ja nie dałam za wygraną i natychmiast pobiegłam jak najszybciej się dało do Ogamiego. Musiałam zgubić wilki, które mnie goniły, ale udało mi się do niego dobiec. Gdy tylko Ogami spytał, co się stało, wyjaśniłam mu wszystko. Prawie bez chwili namysłu zaproponował ucieczkę z daleka watah, tak by nikt nas nie znalazł. Uciekliśmy nocą, gdy księżyc w pełni oświetlał nam drogę. Po kilku dniach ciągłej drogi dotarliśmy do skraju naszej krainy i początku drugiej, w której nie zamieszkiwało zbyt wielu. Tu mogliśmy mieć upragniony spokój i tak było przez kolejne pół roku, lecz wszystko co dobre kiedyś się kończy. Zaufany przyjaciel poinformował nas, że wataha Ogamiego zbliża się do nas by zabić go za zdradę i przy okazji mnie za to, że go omamiłam. To była dla nas tragedia tym bardziej, że niedługo ty miałaś przyjść na świat. Nie miałam siły uciekać, a wilki były coraz bliżej. Wtedy Ogami spoważniał i powiedział, że to jego przede wszystkim szukają, więc dociągnie je ode mnie by nic nie stało się mi i dziecku. Nie mogłam się na to zgodzić, lecz on był zbyt uparty. Wychodząc powiedział, że na pewno tu wróci i przyrzekł, że już nigdy nie będziemy musieli uciekać, a do tego czasu mam zająć się naszą Tsukiberi sama. Niestety mijały dni i tygodnie, a on nie pojawił się już nigdy. Chciałam go poszukać, ale było już zbyt mało czasu do porodu i nie miałam sił. Potem urodziłaś się ty i nie mogłam cię tak zostawić. Nie wybaczyłabym tego sobie, jako matka i on też by mi tego nie wybaczył. I tak zostało do dziś moja droga.
Przez pewien moment musiałam się otrząsnąć po tym, co usłyszałam, ale po chwili wróciłam do rzeczywistości.- A więc to tatę wypatrujesz codziennie, czy czasem nie powróci? Ale zaraz, nazwał mnie Tsukiberi?- spytałam zdziwiona.
-Tak- uśmiechnęła się mama- To twoje całe imię. Ojciec chciałbyś nazywała się Tsuki, czyli Księżyc, a ja Beri, czyli Jagoda. Żadne z nas nie chciało ustąpić i wyszła Księżycowa Jagoda, ale póki byłaś mała chciałam do ciebie mówić krócej, a dopiero później podać ci całe imię. A skoro już wspomniałyśmy o jedzeniu to czas coś upolować. Poczekaj tu chwilę, a ja wrócę za moment.
Tak więc położyłam się, a mama opuściła jaskinię. Byłam bardzo senna i miałam już zamknąć oczy, gdy nagle przeszył mnie dziwny dreszcz. Spojrzałam dookoła siebie, lecz nikogo nie widziałam. Po chwili jednak zwróciłam wzrok w stronę wejścia i zobaczyłam niewyraźnie wilka. Pomyślałam, że to tata wreszcie wrócił do nas pomimo minionego czasu. Już się cieszyłam i pobiegłam w jego stronę, lecz po chwili nie miałam dobrego przeczucia, gdy zobaczyłam przybysza z bliska…
Ciąg Dalszy Nastąpi…
Opowiadanie od Izis
Co
ja mam teraz zrobić? Oni oczekują z pewnością, że posiadam jakąś
super tajną moc której zaraz użyję by rozgromić przeciwnika. Też
tak bym chciała. Wpaść na scenę i zakończyć całą tą aferę
jednym warknięciem. Ale prawda jest zupełnie inna. Nie mam
zielonego pojęcia co robić! Och gdyby był tu chociaż Hyp, albo...
Shide...
Powstrzymałam się od wybuchnięcia płaczem.
-Izis...?
Wszyscy patrzyli na mnie wyczekująco.
-Nic, nic... ja tylko... gdzie Lech?
Nikt mi nie odpowiedział. Lekki powiew wiatru rozmiótł zeschnięte liście.
-Dobra mniejsza z tym... idziemy...
Odwróciłam się do nich tyłem i zaczęłam biec przed siebie. W duchu błagałam by nie mogli mnie dogonić, ale wiedziałam, że to niemożliwe. Po sekundzie pędziliśmy już ramie w ramie. Moje mięśnie pracowały z podwójną siłą, łapy uderzały lekko o ziemię, a w głowie tłukły się nieuporządkowane myśli. Wiedziałam dobrze, że zaraz będę musiała walczyć na śmierć i życie. Obróciłam głowę w bok. Laira niemal dotrzymywała mi tępa.
„Przyda się dodatkowa pomoc.” pomyślałam i znów skierowałam wzrok przed siebie. Coś poruszyło się na jednej ze skalnych półek. Grymas wykrzywił mój pysk.
-To oni! Przygotujcie się na...- nie dokończyłam zdania bo dosłownie przede mną zmaterializował się jakiś wilk. Jego oczy zamigotały, a ja rozbiłam się o niewidzialną barierę. Chwilę później byłam już kilka stup dalej. Reszta moich towarzyszy nagle skamieniała, a ja dobrze wiedziałam kto zaraz złoży mi wizytę.
-Sądziłem, że twoja kompania będzie większym wyzwaniem. No cóż myliłem się. Ale to chyba dobrze, że sprawy objęły taki, a nie inny obrót?
Wolwgan uśmiechał się drwiąco. Jego czarne jak smoła oczy przyglądały się mi uważnie tak jak by się czegoś bał. Tuż przy nim stała Iyo. Wilczyca była widocznie w dobrym nastroju. No jasne wszystko szło po jej myśli.
-Och, Izis, Izis! No spójrz na siebie! Jak ty wyglądasz?!
Przyznaje szczerze, iż nie przypominałam wtedy, żadnego żyjącego wilka. Moje furo pokryte było grubą warstwą lepkiego błota, a z długiej rany na policzku sączyła się krew. Do tego jeszcze mięśnie odmawiały posłuszeństwa.
-Nie przejmuj się kochanie! Do wesela się zagoi!
-Chyba raczej do twojego pogrzebu...- wycedziłam przez zęby.
-Mi się nigdzie moja droga nie śpieszy. Nie tak jak tobie! A tak przy okazji. Jak tam z naszą umową?
Zatkało mnie. Czułam każde uderzenie serca.
-Gdzie on jest?
-A czy zrobiłaś już to o co cię prosiłam?
Rzuciłam się na Iyo. Czar Wolwgana na nie miał nade mną władzy. Przygwoździłam czarną wilczycę to ziemi.
-Gdzie on jest!
-Drogie panie nie należy się kłócić o byle co. Dziś mamy tak wspaniały dzionek, ptaki śpiewają...
-...a banda półgłówków zakłóca porządek. Tak w ogóle po co cie tu przywiało?
Syn Mrocznego spojrzał na mnie z poirytowaniem.
-Zemsta najlepiej smakuje z domieszką krwi oraz śmierci. Tak Izis zrozumiałaś dobrze. Chcę zabić ciebie i twoich towarzyszy. Tatulka zostawię sobie na wielki finał!
„On zwariował...!”
Moje oczy zapaliły się na zielono. Czułam przypływ nowej energii. Już byłam pewna co muszę zrobić.
Skoczyłam na Wolwgana. Po sekundzie leżał już nieprzytomny na ziemi. Wciąż oddychał bo nie miałam sumienia go zabić. Jednak to wystarczyło aby odczynić urok. Wszyscy moi towarzysze rzucili się na wroga z zabójczym wyciem. Dostrzegłam jak Lily walczy z ogromnym szarym wilkiem. Moja przyjaciółka unikała z niezwykłą gracją kamiennych pocisków, atakując jednocześnie swoim super spojrzeniem. Ziemia zadrżała. To Rasko ścierał się właśnie z Flame. Thorin, Teba oraz Seneru kontra Nikita i Shaun. Wokół mnie wirowały płomienie, wysyłane niezdarnie przez jakiegoś wilka. Spojrzałam na Scarlatta jego czerwone oczy płonęły wściekłością.
-Choć i walcz zapchlony kundlu!- wiedziałam, że muszę to teraz zakończyć.
-Nie dziś Izis, nie dziś...
Zza jego pleców wyszła wilczyca o kryształowej sierści.
-Jesteś zwykłym tchórzem!
-Wątpię. A teraz niech panie wybaczą ale ja mam jeszcze jedną sprawię do załatwienia.
-Nigdzie stąd nie pójdziesz!
-Megan twoja kolej.
Wilczyca zaczęła się do mnie zbliżać. Powoli powłócząc nogami, a ja jak na złość nie mogłam się ruszyć.
-Nie bój się... to nie jest jeszcze twoje ostatnie słowo...
-O czym ty...?
W przedniej łapie wilczycy pojawiło się jakieś małe światełko.
-Będziesz teraz jednym z nas... Pradawną...
-NIE!
Przyłożyła mi światełko do czoła szepcząc coś w nieznanym mi języku. Furia znikła, a mi coraz trudniej było nabrać oddech. Przed oczami pojawiły się czarne plamki po czym upadłam. Ostatnią, rzeczą jaką dostrzegłam była sylwetka Mrocznego która mignęła gdzieś w oddali...
Powstrzymałam się od wybuchnięcia płaczem.
-Izis...?
Wszyscy patrzyli na mnie wyczekująco.
-Nic, nic... ja tylko... gdzie Lech?
Nikt mi nie odpowiedział. Lekki powiew wiatru rozmiótł zeschnięte liście.
-Dobra mniejsza z tym... idziemy...
Odwróciłam się do nich tyłem i zaczęłam biec przed siebie. W duchu błagałam by nie mogli mnie dogonić, ale wiedziałam, że to niemożliwe. Po sekundzie pędziliśmy już ramie w ramie. Moje mięśnie pracowały z podwójną siłą, łapy uderzały lekko o ziemię, a w głowie tłukły się nieuporządkowane myśli. Wiedziałam dobrze, że zaraz będę musiała walczyć na śmierć i życie. Obróciłam głowę w bok. Laira niemal dotrzymywała mi tępa.
„Przyda się dodatkowa pomoc.” pomyślałam i znów skierowałam wzrok przed siebie. Coś poruszyło się na jednej ze skalnych półek. Grymas wykrzywił mój pysk.
-To oni! Przygotujcie się na...- nie dokończyłam zdania bo dosłownie przede mną zmaterializował się jakiś wilk. Jego oczy zamigotały, a ja rozbiłam się o niewidzialną barierę. Chwilę później byłam już kilka stup dalej. Reszta moich towarzyszy nagle skamieniała, a ja dobrze wiedziałam kto zaraz złoży mi wizytę.
-Sądziłem, że twoja kompania będzie większym wyzwaniem. No cóż myliłem się. Ale to chyba dobrze, że sprawy objęły taki, a nie inny obrót?
Wolwgan uśmiechał się drwiąco. Jego czarne jak smoła oczy przyglądały się mi uważnie tak jak by się czegoś bał. Tuż przy nim stała Iyo. Wilczyca była widocznie w dobrym nastroju. No jasne wszystko szło po jej myśli.
-Och, Izis, Izis! No spójrz na siebie! Jak ty wyglądasz?!
Przyznaje szczerze, iż nie przypominałam wtedy, żadnego żyjącego wilka. Moje furo pokryte było grubą warstwą lepkiego błota, a z długiej rany na policzku sączyła się krew. Do tego jeszcze mięśnie odmawiały posłuszeństwa.
-Nie przejmuj się kochanie! Do wesela się zagoi!
-Chyba raczej do twojego pogrzebu...- wycedziłam przez zęby.
-Mi się nigdzie moja droga nie śpieszy. Nie tak jak tobie! A tak przy okazji. Jak tam z naszą umową?
Zatkało mnie. Czułam każde uderzenie serca.
-Gdzie on jest?
-A czy zrobiłaś już to o co cię prosiłam?
Rzuciłam się na Iyo. Czar Wolwgana na nie miał nade mną władzy. Przygwoździłam czarną wilczycę to ziemi.
-Gdzie on jest!
-Drogie panie nie należy się kłócić o byle co. Dziś mamy tak wspaniały dzionek, ptaki śpiewają...
-...a banda półgłówków zakłóca porządek. Tak w ogóle po co cie tu przywiało?
Syn Mrocznego spojrzał na mnie z poirytowaniem.
-Zemsta najlepiej smakuje z domieszką krwi oraz śmierci. Tak Izis zrozumiałaś dobrze. Chcę zabić ciebie i twoich towarzyszy. Tatulka zostawię sobie na wielki finał!
„On zwariował...!”
Moje oczy zapaliły się na zielono. Czułam przypływ nowej energii. Już byłam pewna co muszę zrobić.
Skoczyłam na Wolwgana. Po sekundzie leżał już nieprzytomny na ziemi. Wciąż oddychał bo nie miałam sumienia go zabić. Jednak to wystarczyło aby odczynić urok. Wszyscy moi towarzysze rzucili się na wroga z zabójczym wyciem. Dostrzegłam jak Lily walczy z ogromnym szarym wilkiem. Moja przyjaciółka unikała z niezwykłą gracją kamiennych pocisków, atakując jednocześnie swoim super spojrzeniem. Ziemia zadrżała. To Rasko ścierał się właśnie z Flame. Thorin, Teba oraz Seneru kontra Nikita i Shaun. Wokół mnie wirowały płomienie, wysyłane niezdarnie przez jakiegoś wilka. Spojrzałam na Scarlatta jego czerwone oczy płonęły wściekłością.
-Choć i walcz zapchlony kundlu!- wiedziałam, że muszę to teraz zakończyć.
-Nie dziś Izis, nie dziś...
Zza jego pleców wyszła wilczyca o kryształowej sierści.
-Jesteś zwykłym tchórzem!
-Wątpię. A teraz niech panie wybaczą ale ja mam jeszcze jedną sprawię do załatwienia.
-Nigdzie stąd nie pójdziesz!
-Megan twoja kolej.
Wilczyca zaczęła się do mnie zbliżać. Powoli powłócząc nogami, a ja jak na złość nie mogłam się ruszyć.
-Nie bój się... to nie jest jeszcze twoje ostatnie słowo...
-O czym ty...?
W przedniej łapie wilczycy pojawiło się jakieś małe światełko.
-Będziesz teraz jednym z nas... Pradawną...
-NIE!
Przyłożyła mi światełko do czoła szepcząc coś w nieznanym mi języku. Furia znikła, a mi coraz trudniej było nabrać oddech. Przed oczami pojawiły się czarne plamki po czym upadłam. Ostatnią, rzeczą jaką dostrzegłam była sylwetka Mrocznego która mignęła gdzieś w oddali...
-Ciąg
dalszy nastąpi-
sobota, 9 marca 2013
Opowiadanie od Lairy
- A co jeśli się nie zgodzi... na pewno się nie zgodzi - mamrotałam zdenerwowana, intensyswnie wpatrując się w oczy mojej nowej przyjaciółki.
- Zobaczymy - powiedziała Lily. uśmiechając sie do mnie delikatnie, jednak niepewnie. - Dora to ja idę...
Jak powiedziała tak zrobiła odchodząc tanecznym krokiem, a ja czekałam niecierpliwie jej wupatrójąc.
Myślałam, że już nie wytrzymam, ale właśnie wtedy podeszła do mnie niespokojnie machajac puszystym ogonem.
- Nie ma go, więc na razie... możesz zostać u mnie...
- Och, dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony, jednak chyba odejdę... nie chcę sprawiać kłopotu...
- Lairo, to naprawde nic wielkiego, w "mojej jaskini są trzy inne i tak na prawde jestem właścicielką tylko jednej, wiec, z checia ci ja udostepnie.
- Jeszcze raz... wielkie dzięki - szepnęłam, bardzo szczęśliwa... tak na prwde nie chciałam odchodzić, jednak głupio mi było. W końcu, co ja dla niej znaczyłam? Przerwałam swoje rozmyślenia, uśmiechajac się z wdzięcznościa do Lil. W tem rozległo się wycie, wycie na alarm, cała wataha ( razem ze mną zebrała się na placu wpatrując sie w czarną wilczyce o złotych oczach.
- Co jest Izis? - zapytał wilk o głębokich niebieskich oczach
- Scarllatto ze swoją bandą na szczycie góry dum-dum! - wrzasnęła
- To co robimy?- zapytałam wychoddząc przed grupę
- A ty to kto? - zapytała nieufnie na mnie spoglądając
- Jestem Laira i z chęcią wam pomogę
Czarna wilczyca jeszcze raz spojrzała na mnie nieufnie po czym uśmiechnęła się łagodnie.
- A więc szykujmy sie do walki - rozporządziła najwidoczniej najwyższa rangą wilczyca zaraz po Mrocznym
< Izis dokończysz?>
wtorek, 5 marca 2013
Opowiadanie od Mrocznego
- Mrok… powiedz…
cokolwiek – szepnęła błagalnie Leah siedząc obok mnie. Nie odzywałem się.
Zapadłem się w głębie i nie chciałem z niej wydostać, już nigdy. Zrozpaczony
nie marzyłem o niczym tak bardzo jak o własnej zagładzie. Spuściłem łeb nie
chcąc patrzeć na moja przyjaciółkę.
- Mroooooczny –
przeciągnęła moje imie ruda wilczyca. Czułem na sobie jej przebiegłe
spojrzenie. Mimo tego nadal siedziałem nieporuszony. Wpatrywałem się w jeden
punkt na ciemno-różowym niebie. Białe chmury zataczały się po sklepieniu. W
końcu poirytowana uszczypnęła mnie w ucho, tak jak czyniła to zawsze by mnie
pocieszyć, gdy byliśmy jeszcze dziećmi.
Uśmiechnąłem się blado i
spojrzałem na nią. Jej duże, błękitne oczy iskrzyły emocjami, a futro –
idealnie czyste, połyskiwało w delikatnym świetle wschodzącego słońca.
Wygięła się w łuku i
oddychała szybko, gotowa do zabawy. Jej ogon szybko wędrował – to na prawo, to
na lewo, jakby chciał mnie zachęcić do dalszego życia. Ja niestety nie czułem
się na siłach, by zapomnieć… nie mogłem.
- Powied, powiedz,
powiedz, powiedz POOOOOOOOOOOOWIEDZ! –wykrzyknęła każde słowo inaczej
akcentując, przy czym wymawiając je tak szybko, że gdyby nie „wydłużenie”
ostatniego, niebyłym do końca pewny jak ono brzmiało w rzeczywistości.
- Leah – mruknąłem niepewnie
- No nareszcie! Dziękuję,
że zaszczyciłeś mnie swoją obecnością! – zaśmiała się ironicznie
Rozluźniłem się widząc
jej beztroskość i wesołość. Wbrew mnie w konciku moich ust pojawił się
delikatny uśmiech. Poczułem się przez moment tak lekko… to starczyło, abym się
do niej przyłączył. Skoczyłem na nią. Odepchnęła mnie łapami. Szczypaliśmy,
popychaliśmy się i tarzaliśmy po ziemi nie przestając chichotać jak opętani.
Czułem się jak dziecko… niewinne, wolne i beztroskie. Zadyszany poddałem się.
Leah stała teraz nade mną, trzymając swoje przednie łapy na klatce mojej klatce
piersiowej.
- Wygrałam! – wykrzyknęła
tryumfalnie
Śmiałem się jeszcze przez
chwilę i śmiałbym się długo gdyby nie czyjś głos pełen bólu i zawodu.
- No, no, no… kogo my tu
mamy…?
Le od razu zemnie
zeskoczyła i stanęła dęba patrząc wrogo na nowo przybyłą postać. Ja również
podniosłem się gwałtownie posyłając jej groźne spojrzenie. Czarny wilk omiótł
nas aroganckim spojrzeniem.
- Ty… - syknęła przez
zaciśnięte zęby moja przyjaciółka
- Ach Leah… mogłem się
domyślić, że taka szmata
- NIE NAZYWAJ JEJ TAK! –
ryknąłem. Osłoniłem ją własnym ciałem przed czujnym wzrokiem Scarlatta.
- I że ty jeszcze masz
odwagę się tu pojawiać – zaśmiała się szyderczo moja kompanka
W tej chwili z lasu
wyłoniło się 14 innych wilków, które warcząc i kłapiąc zębami ustawiły się w
szyku za swoim przywódcą.
- Jesteś taki naiwny…
myślisz, że taka grupa może mnie choć rozśmieszyć – wycedziłem
Tym razem to on się
zaśmiał
- Szukałem długo… bardzo
długo i w końcu znalazłem ją
Z szeregu wystąpiła
wysoka wilczyca o kasztanowej sierści. Miała grube, puszyste futro i
kryształowe oczy, z nad których wystawały piękne, głęboko czarne rzęsy.
Puszystym ogonem machała niespokojnie. Omijała mnie wzrokiem, jakby czegoś się
bała. Nie chciała tu być, została zmuszona… lub przekupiona. W jej aurze nie
było nic wyjątkowego, ani niesłychana potęga ani przynajmniej jakaś władza.
Milczałem zażenowany jego
głupotą
- I co w „niej” takiego
wyjątkowego, hę? – zapytała Le
- To, że ma dość wyjątkowy
dar…
- Le – szepnąłem do niej,
zrozumiała od razu. Przed nami wybuchł wielki mór z ognia. Płomienie oplotły
nas, przemieszczając się coraz dalej w kierunku wrogów.
-Teraz… - dodałem i oboje
skoczyliśmy ze skalnej półki prosto do wody. Nie było to przyjemne uczucie, a
zwłaszcza dla wilczycy płynącej obok mnie, która bądź co bądź była zwolenniczką
ognia. Dzielnie jednak brnęła do przodu, w kierunku upragnionego lądu. Mogłem
ich pokonać… bez problemu, ale nie byłbym wstanie zabić Scarlatta… nie potrafiłem…
mimo tego jak bardzo go nienawidziłem, był moim synem…jedynym jaki mi pozostał.
Do morskiej wody spłynęła łza, chlupocząc jak moje serce. W końcu wyskoczyłem z wodnej otchłani i otrzepałem się
energicznie. Na szczycie klifu, z którego zeskoczyliśmy widniały jeszcze
płomienie pozostawione przezmoją przyjaciółkę. Odwróciłem wzrok w kierunku mglistego lasu, który rozpościerał się właśnie obok. Aby okrążyć wodę i wrócić na nasz teren musieliśy przez niego przejść, lub znów płynąć... Wiedziałem którą opcję wybrałaby Leah.
- Idziemy? - mruknęła z niesamowity błyskiem w oku patrząc na płomienie, gaszone przez sojuszników mojego dziecka.
- A mamy inne wyjście? - zapytałem nieco ironicznie
Uśmiechnęła się delikatnie i ruszyła przodem, najwidoczniej zbyt pewna siebie. Mechanicznym krokiem ruszyłem za nią niespokojnie machając ogonem. Nie lubiałem tego miejsca, właśnie TU zginęła Rose. mimo tego przechodziłem tędy niewzruszony moimi wspomnieniami. Niespodziewanie Leah drgnęła i stanęła nieporuszona tym, że zezdziwienia na nią wpadłem. Również znieruchomiałem nasłuchując uważnie. Usłyszałem delikatne szmeranie. Już miałem ostrzec Le, ale było za późno. Moja przyjaciółka już leżała przygnieciona do ziem, a po ułamku sekundy i ja zostałem przewrócony. Łapa przeciwniczki przylgnęła do mojego gardła. Ne wiedziałem co dzieje się z moją towrzyszką, w tej chwili skupiłem się na rysach blond wilczycy wpatrzonej we mnie ozięble.
- Wy...wy chyba nie wiecie z kim zadarłyście! - wykrztusiła Leah wściekle gdzieś po mojej lewej.
Złota wilczyca,miała delikatną twarz i lśniące futro. Pod błękitno-szarymi oczami lśniły dwie plamiki, a grzywa opadała na jej pysk niedbale. W tej chwili napięta i gotowa do ataku, uśmiechała się delikatnie.
Tylnymi łapami kopnąłem ją w brzuch i tym razem ja przycisnąłem ją do gleby. Blokując przy tym łapy. Le korzystając z rozproszenia swojej przeciwniczki wyślizgnęła się z pod niej i celnie kłapiąc zębami wbiła niczym kleszcz w ciało brązowo białej, uskrzydlonej wilczycy, o nad zwyczaj spokojnym wyrazie twarzy. Ta zaczęła się miotać i przeturlała się po ziemi "odczepiając" od siebie moją przyjaciółkę. Zza drzew wyłoniłasiękolejna wilczyca, o wyjątkowej tęczowej aurze i przenikliwym złotym spojrzeniu.
- Dziewczęta spokojnie - powiedziała delikatnym głosem, po czym zmierzyła mnie wzrokiem.
Wypuściłem niebieskooką dziewczynę z pod stalowego uścisku i odwzajemniając jej śmiałe spojrzenie.
- Mroczny - zacząłem spokojnym tonem - a ta urocza wilczyca to Leach...
- Flame... miło mi - odpowiedziała bacznie mi się przyglądając - a to Amnesia i Sky
- Miło mi - mruknęła pod nosem Le
- Nam również - wymamrotała Sky, obdarowując ją surowym spojrzeniem.
- Weszliście na nasz teren - warknęła Amnesia
- Przez przybadek - odpowiedziała agresywnie Lea
Wyglądały jakby miały zaraz skoczyć sobie do gardeł.
- Więc my sobie przejdziemy, aczkolwiek miło was pozać -oznajmiłem dyplomatycznie i uśmiechnąłem się do Flame
- Tak łatwo to... - zaczęła Sky
- ciąg dalszy nastąpi -
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)