środa, 7 sierpnia 2013
Opowiadanie od Lily
" Czas wracać"
- Nieeeee!!!- wrzasnęłam prosto w twarz Arona.
- Błagam Cię Lil! Zostań ze mną...
- Aron, ja nie mogę... muszę wracać. Potrzebuje ich, a oni mnie. Wiesz o tym.
- Ja nie wytrzymam bez Ciebie, ani minuty.
- To wróć ze mną!
- Jestem wilkiem ognia! Zdajesz sobie sprawę, że mój ojciec... to wróg Mrocznego?
- Jak to?
- Aragog... alfa watahy ognia, poniżony przez Mroka...
Spuściłam wzrok. Każdy w watasze wiedział o naszym konflikcie z watahą ognia i o osobistym konflikcie Mrocznego z Aragogiem. Choć teraz gdy pojawił się Scarllatto...
- Rodziny się nie wybiera Aron. To nie twoja wina, nie pozwól aby błędy twojego ojca zniszczyły ci życie.
Tym razem to on się zmieszał. Nie wiedział co powiedzieć. Jego oczy zdawały mi się puste i smutne.
- Ja...
- Aron...
Użyłam TEGO głosu. TEGO którego obawia się każdy mężczyzna. Wypowiadając w ten sposób jego imię.
- Choroba, Lily... niech Ci będzie, ale jeśli się nie uda, a on... no wiesz?
"Nie myślę o tym"
- Odejdę - dalsze słowa utknely mi w gardle - razem z tobą.
Wiedziałam, że kłamię. Nie byłabym w stanie odejść, tak samo jak nie byłabym w stanie się z nim rozstać.
*******
Niepewnie przekroczyliśmy granicę terenu. Obawiałam się. Ale postanowiłam bronić Arona.
Niepewnie Zapukałam do drzwi jego gabinetu. Mój przyjaciel stał za mną.
- Chwila! - usłyszałam głos Izis
" Jak to? Izis nowym alfą?!" Pomyślałam.
Drzwi uchyliły się. Za nimi stała Izis. Prxy biurku z kolei zobaczyłam Mrocznego. Czytał coś. Wyglądał na bardzo skupionego.
- Musimy pogadać...
( Mrok lub Izis dokończycie?)
Spuściłam wzrok. Każdy w watasze wiedział o naszym konflikcie z watahą ognia i o osobistym konflikcie Mrocznego z Aragogiem. Choć teraz gdy pojawił się Scarllatto...
- Rodziny się nie wybiera Aron. To nie twoja wina, nie pozwól aby błędy twojego ojca zniszczyły ci życie.
Tym razem to on się zmieszał. Nie wiedział co powiedzieć. Jego oczy zdawały mi się puste i smutne.
- Ja...
- Aron...
Użyłam TEGO głosu. TEGO którego obawia się każdy mężczyzna. Wypowiadając w ten sposób jego imię.
- Choroba, Lily... niech Ci będzie, ale jeśli się nie uda, a on... no wiesz?
"Nie myślę o tym"
- Odejdę - dalsze słowa utknely mi w gardle - razem z tobą.
Wiedziałam, że kłamię. Nie byłabym w stanie odejść, tak samo jak nie byłabym w stanie się z nim rozstać.
*******
Niepewnie przekroczyliśmy granicę terenu. Obawiałam się. Ale postanowiłam bronić Arona.
Niepewnie Zapukałam do drzwi jego gabinetu. Mój przyjaciel stał za mną.
- Chwila! - usłyszałam głos Izis
" Jak to? Izis nowym alfą?!" Pomyślałam.
Drzwi uchyliły się. Za nimi stała Izis. Prxy biurku z kolei zobaczyłam Mrocznego. Czytał coś. Wyglądał na bardzo skupionego.
- Musimy pogadać...
( Mrok lub Izis dokończycie?)
wtorek, 23 lipca 2013
Opowiadanie od Mrocznego
Róża. Dorodny kwiat, którego płaty zabarwione niegdyś krwią samej Jutrzenki, do dziś błyszczą nieskazitelną czerwienią, a kolce zaprojektowane przez Hefajstosa w stanie są zranić nawet skórę bogów.
Krzew winogron. Dający upojenie najgłębszym strapieniom Dionizosa. Który oplatając swymi silnymi ramionami budynki na szczycie Olimpu zdobył sławę.
Oraz ostatnimi siłami przez połacie lasu przebijające się kępy jagód, którymi porzywiwszy się Artemida miała siłę na wiele tygodni.
Wszystkie te rośliny, szlachetne niczym rubin, potężne jak szafir i pięknem dorównujące diamentom zakwitały właśnie w ogrodzie Heliestri.
Można by rzec, że nie potrafię delektować się ich pięknem. Prawda była jednak taka, iż to wszystko przez pośpiech, jaki zapanował mną w tej niekoniecznie odpowiadającej mi chwili. Przymrużyłem oczy w coraz mniejszym spokoju przyglądając się słońcu. Nasłuchiwałem otoczenia, pragnąc jedynie ograniczenia mojego stresu.
- Heliestrio! - jęknąłem w końcu, nie mogąc już dłużej wytrzymać.
Królowa przerwała w końcu rozmowę z roślinami patrząc na mnie z wyrzutem.
- Mroczny... do jasnej cholery, czy ty choć raz nie możesz okazać mi należytego szacunku! - krzyknęła pełna irytacji.
Ziemia zadrżała niespokojnie, cały świat zdawał się wstrzymać oddech z przerażenia.
- Błagam Cię! Przecież ile można bełkotać do kwiatków... - mruknąłem
- Zapomniałeś o czymś? - zapytała choć było to raczej stwierdzenie.
- Pani - dodałem pospiesznie.
Heliestria widocznie się uspokoiła.
- Dobrze mów szybko czego chcesz i znikaj mi z oczu.
- Potrzebuje pyłu księżycowego z twojej biblioteki...
- Na litość boską wiesz chyba...
- Po co sama siebie prosisz o litość?
- Mrok! Idź stąd!!! Już! - tym razem głos królowej był tak stanowczy i lodowaty jak usta mrozu.
Czyżbym przesadził. Potężna siła rzuciła mną w czasoprzestrzeń, po sekundzie wylądowałem w mojej jaskini, pod postacią wilka. Otrzymałem się obolały. Najwidoczniej tak. Odruchowo sprawdziłem czy wszystko leżało na swoim miejscu.
Podłoga zawalona była książkami, a na stole piętrzyły się stosy kartek, listów i zwojów. Co się tyczy listów - nie zdążyłem ich jeszcze przeczytać. Czy tak trudno jest być bogiem i alpha watahy jednocześnie? W rogu pomieszczenia spał niczym nie wzruszony Dracon. Do nogi przywiązane miał kolejne pismo za adresowane do mnie. Powoli podreptałem do kuchni. W kominku nadal tlił się ogień. Mimo tego w pokoju panował nieprzyjemny chłód. Dorzuciłem do płomieni trochę suchego drewna. Która godzina? Wyszedłem na dwór dość ostentacyjnie szurając łapami po podłożu. Słońce dopiero pojawiało się ponad horyzontem. Około czwartej rano - pomyślałem. Zaraz z patrolu powinni wrócić Seth, Saruman, Anthrax i Sarahwille. Moje przypuszczenie było słuszne. Po chwili z lasu wyłoniły się cztery wilcze sylwetki. Puerwsza szła córka Afrodyty - wdzięcznie machając "ogonem". Za nią dreptała reszta. Wszyscy zdziwili się na mój widok. To prawda od kilku tygodni nie wychodziłem z jaskini zgłębiając tajemnice istnienia. Miałem powody do zmartwień. Śmierć Hyperiona... odejście Sarumana Czarnego...
- Mroczny? - zapytała Sarah głosem szczęśliwym, ale pełnym niedowierzania. Zawtórowała jej reszta wilków szczerząca kły w szczerym uśmiechu.
- Tak, to na prawdę ja. - zaśmiałem się
- Tereny i granice czyste, szefie - oznajmił Seth.
- Obudźcie wszystkich, zbierzcie w na placu głównym - zacząłem - na mój rozkaz.
Miałem im wiele do powiedzenia.
Moi towarzysze obchodzili w kierunku reszty jaskiń mieszkalnych.
- A i jeszcze jedno... Izis ma do mnie przyjść, oczekuję jej przybycia za góra piętnaście minut.
- Dobra szefie - powiedział Saruman.
Poszedłem do siebie do gabinetu i ogarnąłem trochę na biurku. W kuchni zaparzyłem herbatę i czekałem.
( Izis raczysz dokończyć? :P)
Krzew winogron. Dający upojenie najgłębszym strapieniom Dionizosa. Który oplatając swymi silnymi ramionami budynki na szczycie Olimpu zdobył sławę.
Oraz ostatnimi siłami przez połacie lasu przebijające się kępy jagód, którymi porzywiwszy się Artemida miała siłę na wiele tygodni.
Wszystkie te rośliny, szlachetne niczym rubin, potężne jak szafir i pięknem dorównujące diamentom zakwitały właśnie w ogrodzie Heliestri.
Można by rzec, że nie potrafię delektować się ich pięknem. Prawda była jednak taka, iż to wszystko przez pośpiech, jaki zapanował mną w tej niekoniecznie odpowiadającej mi chwili. Przymrużyłem oczy w coraz mniejszym spokoju przyglądając się słońcu. Nasłuchiwałem otoczenia, pragnąc jedynie ograniczenia mojego stresu.
- Heliestrio! - jęknąłem w końcu, nie mogąc już dłużej wytrzymać.
Królowa przerwała w końcu rozmowę z roślinami patrząc na mnie z wyrzutem.
- Mroczny... do jasnej cholery, czy ty choć raz nie możesz okazać mi należytego szacunku! - krzyknęła pełna irytacji.
Ziemia zadrżała niespokojnie, cały świat zdawał się wstrzymać oddech z przerażenia.
- Błagam Cię! Przecież ile można bełkotać do kwiatków... - mruknąłem
- Zapomniałeś o czymś? - zapytała choć było to raczej stwierdzenie.
- Pani - dodałem pospiesznie.
Heliestria widocznie się uspokoiła.
- Dobrze mów szybko czego chcesz i znikaj mi z oczu.
- Potrzebuje pyłu księżycowego z twojej biblioteki...
- Na litość boską wiesz chyba...
- Po co sama siebie prosisz o litość?
- Mrok! Idź stąd!!! Już! - tym razem głos królowej był tak stanowczy i lodowaty jak usta mrozu.
Czyżbym przesadził. Potężna siła rzuciła mną w czasoprzestrzeń, po sekundzie wylądowałem w mojej jaskini, pod postacią wilka. Otrzymałem się obolały. Najwidoczniej tak. Odruchowo sprawdziłem czy wszystko leżało na swoim miejscu.
Podłoga zawalona była książkami, a na stole piętrzyły się stosy kartek, listów i zwojów. Co się tyczy listów - nie zdążyłem ich jeszcze przeczytać. Czy tak trudno jest być bogiem i alpha watahy jednocześnie? W rogu pomieszczenia spał niczym nie wzruszony Dracon. Do nogi przywiązane miał kolejne pismo za adresowane do mnie. Powoli podreptałem do kuchni. W kominku nadal tlił się ogień. Mimo tego w pokoju panował nieprzyjemny chłód. Dorzuciłem do płomieni trochę suchego drewna. Która godzina? Wyszedłem na dwór dość ostentacyjnie szurając łapami po podłożu. Słońce dopiero pojawiało się ponad horyzontem. Około czwartej rano - pomyślałem. Zaraz z patrolu powinni wrócić Seth, Saruman, Anthrax i Sarahwille. Moje przypuszczenie było słuszne. Po chwili z lasu wyłoniły się cztery wilcze sylwetki. Puerwsza szła córka Afrodyty - wdzięcznie machając "ogonem". Za nią dreptała reszta. Wszyscy zdziwili się na mój widok. To prawda od kilku tygodni nie wychodziłem z jaskini zgłębiając tajemnice istnienia. Miałem powody do zmartwień. Śmierć Hyperiona... odejście Sarumana Czarnego...
- Mroczny? - zapytała Sarah głosem szczęśliwym, ale pełnym niedowierzania. Zawtórowała jej reszta wilków szczerząca kły w szczerym uśmiechu.
- Tak, to na prawdę ja. - zaśmiałem się
- Tereny i granice czyste, szefie - oznajmił Seth.
- Obudźcie wszystkich, zbierzcie w na placu głównym - zacząłem - na mój rozkaz.
Miałem im wiele do powiedzenia.
Moi towarzysze obchodzili w kierunku reszty jaskiń mieszkalnych.
- A i jeszcze jedno... Izis ma do mnie przyjść, oczekuję jej przybycia za góra piętnaście minut.
- Dobra szefie - powiedział Saruman.
Poszedłem do siebie do gabinetu i ogarnąłem trochę na biurku. W kuchni zaparzyłem herbatę i czekałem.
( Izis raczysz dokończyć? :P)
Powracamy
Uwaga drogie wilki!!!
Nasza wataha ponawia swoją działalność :).
Liczę na waszą pomoc w po sprzątaniu tego łajna w które się wpakowaliśmy :P
Z poważaniem
Mroczny
Nasza wataha ponawia swoją działalność :).
Liczę na waszą pomoc w po sprzątaniu tego łajna w które się wpakowaliśmy :P
Z poważaniem
Mroczny
wtorek, 9 kwietnia 2013
Opowiadanie od Mrocznego
"Wplotłem dłoń w jej srebrzyste włosy. Biała suknia opinała jej delikatne ciało. Była tak blisko mnie, a wydawała się tak odległa. W jej błękitnoszarych oczach widziałem czystą miłość. Cała lśniła blado - srebrnym światłem. Przyłożyła palce do mojego policzka i ostrożnie, jakby niepewnie pocałowała. Odwzajemniłem ten gest przyciągając ją do siebie.
- Kocham cię - wyszeptała czułym tonem - brakuje mi Ciebie... tęsknię...
Złożyła na mych ustach jeszcze jeden pocałunek, po czym rozpłynęła się w ciepłym, nocnym powietrzu.
Jeszcze przez chwilę nie wiedziałem, kim była piękna nieznajoma. Skupiłem się na jej detalach, a później na melodyjnym głosie..."
- Hariett! - wykrzyknąłem, podnosząc się gwałtownie z legowiska. Cały byłem spocony, sierś na czole pozlepiała mi się w lepkie kępy. Oddychałem nierównomiernie. Serce biło mi nienaturalnie szybko, zaś z pod oczu spływały wielkie łzy, które po zetknięciu ze skalną podłogą zmieniały się w czarne płomienie i znikały.
Wszystkie kości bolaly mnie niemiłosiernie. Każdy, nawet drobny róch kłuł mnie od wewnątrz. Podniosłem się powoli, dusząc w sobie jęk rozpaczy. Gdy w końcu stanąłem, zwaliłem się z impetem na ziemię. Zadzwoniło mi w uszach. Stęknąłem ostatni raz, następnie wstałęm dumnie się prężąc. "Głupie wilcze ciało... tak mnie ogranicza" - pomyślałem. Do mojej głowy nadleciała seria obrazów, ukazująca Hariett w tej innej postaci. Powłuczając nogami dotarłęm do kuchni. W kotle nad ogniskiem zagrzałem trochę wody, aby móc wrzucić do niej troche liści mięty. Gdy moja prowizoryczna herbata była gotowa zaczerpnąłem długi łyk. Ciepły napar koił suchość w gardle, do tego skutecznie pobudzał każdą moją komórkę do dalszego działania. Otrząsnąłem się, by móc ruszyć na polowanie.W końcu wydostałem się z jaskini. Czułemna sobie chłód poranka. Słonce dopiero co wyłaniało się z za widnokręgu, wiatr z kolei, niczym poganiający mnie przyjaciel wypychał mnie do przodu. Niepewnie postawiłem pierwszy krok w kierunku granicy terenu z polaną. Przymróżyłem powieki przypominając sobi ostatnie wydarzenie, które miało tammiejsce. Zacisnąłem szczęki i poczułem nieprzyjemne ukłucie w klatce piersiowej.
- Już na nogach? - usłyszałem delikatny, melodyjny głos,wydobywający się z ust Izis.
Posłałem jej delikatny uśmiech przez ramię.
- Stado samo się nie wykarmi - powiedziałem przyglądając się jej ze spokojem.
- Mrok... ja pytam na serio... dziś poluje Laira i Saruman...
- Nie mogłem spać - burknąłem, tym razem ponurym i nieprzystępnym tonem.
Izis chyba zrozumiała, bo nie zadawała więcej pytań. Przyjrzałem się jej ostatnio. Po tym, jak przez chwilę była pradawną, trochę się zmieniła. Jej czarne jak smoła futro zbladło, przybierając ciemnoszary odcień, a złote, błyszczące oczy były teraz nienaturalnie szare i puste. Mimo tego cała emanowała swoimi emocjami.
- Mogę Ci w takim razie towarzyszyć?
- Jak chcesz...
<Izis dokończysz>
Opowiadanie od Hyperiona - odchodzę
Łapy trzęsły się pode mną, a każdy krok sprawiał bul. Udało mi się wydostać z podziemia, ale co teraz? Poznałem prawdę o zamiarach Scarlatta i muszę umrzeć.
Mój oddech zrobił się okropnie ciężki. Z trudem nabierałem powietrza do płuc. Byłem wyczerpany, ale i szczęśliwy. Nareszcie zrozumiałem po co los skierował mnie do watahy cierpienia i zagłady. Znalazłem prawdziwą rodzinę oraz przyjaciół. Spędziłem niezapomniane chwile podczas polowań i odnalazłem wewnętrzny spokój.
Uśmiechnąłem się w duchu.
-Poradzą sobie beze mnie...
Położyłem się w korzeniach ogromnego drzewa. Czułem oddech śmierci. Była bardzo blisko. Spojrzałem ostatni raz na zachodzące słońce. Będzie mi go bardzo brakowało.
-Żegnaj...
Z lasu wychynęły driady. Dostrzegłem w śród nich Dar. Czułem się zaszczycony, iż przyszły się ze mną pożegnać przed największą wędrówką. Stały nieruchomo wlepiając we mnie swoje zielone oczy. Dzięki nim nie doskwierała mi samotność.
Pomyślałem o Izis. Czy będzie za mną tęsknić? Przynajmniej nie musi się już martwić, iż wyjawię komuś jej tajemnice. Dotrzymałem danego słowa i mogę odejść z honorem.
Słońce zaszło już zupełnie, a gwiazdy świeciły jeszcze jaśniej niż zazwyczaj. Może mi się to tylko zdawało, ale słyszałem cichą smutną pieśń umarłych. Miała delikatne tony i przejmujące słowa. Mówiła o pozostawionym świecie, o nieodkupionych zbrodniach i wiecznej tułaczce. Nagle uświadomiłem sobie, że nie chcę umierać. Serce przyśpieszyło mi w ostatnim akcie rozpaczy. Zrobiło mi się ciemno przed oczami, a czyjś żelazny uścisk złapał mnie za gardło. W tedy zginąłem. Jednak to nie był koniec. Jakaś jasna postać zbliżyła się do mnie i pogłaskała po głowie. Była to bogini, jednak jej nie rozpoznałem. Uśmiechnęła się ciepło.
-Nie mam takiej mocy by móc przywrócić ci życie, ale ponieważ umierasz z czyjejś winy pozwolę zostać ci duchem. Będziesz strzegł terenu watahy jako widmo samego siebie. Jest to ciężki żywot, ale wystarczy tylko jedno twoje słowo i będziesz mógł tu pozostać.
Skinąłem głową.
-Nie mogę ich zostawić...
Postać uśmiechnęła się.
-Cieszę się że mogłam pomóc.
Przyłożyła swoją dłoń do mojego czoła. Blask rozjaśnił ciemność, a ja poczułem przyjemny wiatr na twarzy. Stałem się duchem...
Do wszystkich! Hyp nie odchodzi bo chce, odchodzi bo musi, a my przyjmiemy go z chęcią z powrotem!
poniedziałek, 11 marca 2013
Saruman Biały-opowiadanie
"Dotąd skrywałem się w mroku, otulony smutkiem i przykryty nienawiścią. Z tym koniec"
Wychyliłem się z zza liści i stanąłem w świetle poranka. Znieruchomiałem na sekunde,by zarejestrować dżwięki otaczającego mnie świata. Zabierałem się już do wymarszu, lecz nagle przypomniałem sobie o wnykach, które zastawiłem wczoraj wieczorem. Może sprawdzenie ich nie jest rozsądne kiedy w okolicy przybywają wrogowie - pomyślałem - ale musze podjąc ryzyko... zbyt wiele lat spędziłem na polowaniach. Po za tym nie mogę się oprzeć pokusie świeżego mięsa. Nagrodą okazał się dorodny królik. Szybko go oporządziłem i oczyściłem, przykrywając głowe, łapy, skórę i wnętrzności stertą liści. Wyruszyłem, w marszu zajadając się świerzym mięsem. Słońce wzeszło i zrobiło się jasno,nawet pod konarami drzew. Minął zaledwie dzień, a ja w niesamowitym tępie się odwadniałem. Cóż woda spływa w dół doliny to chyba podążam w dobrym kierunku. Gdyby jeszcze udało mi się znaleźć zwierzęcy szlak do wodopoju, albo intensywnie zieloną kępę roślin. W ten sposób szybko dotarłbym do celu. Nic w około jednak się nie zmieniało. Teren łagodnie się obniża, latają te same ptaki i drzewa też takie same. Mijały godziny a ja coraz bardziej uświadamiałem sobie, że moja sytuacja staje się fatalna. Bolała mnie głowa a z języka srbił się suchy placek, którego w rzaden sposób nie potrafiłem nawilżyć. Słońce drażniło moje oczy. Późnym po południem wydawało mi się, że znalazłem ratunek. Dostrzegłem kępę krzaków i pędem podbiegłem tam,by nawlżyć język sokiem z owoców." Przynajmniej to" - pomyślałem wykrzywiając się w grymasie. Ogarniało mnie coraz silniejsze wyczerpanie, które nie miało nic wspólnego z długą wędrówką. Coraz częściej zatrzymywałem się na odpoczynek,chociaż wiedziałem, że tylko konsekwentne poszukiwania zaradzą moim słabością. Wypatrywałem śladów wody, jednak gdzie kolwiek spojrzałem, wszędzie widziałem jednolitą połać lasu.Postanowiłem maszerować do zmroku, jednak przerwałem marszutre dopiero wedy,gdy zacząłem potykać się o własne nogi. Zmordowany wczołgałem się w dziure pod korzeniami drzewa. Zapadła noc. Strach przed watachą zawodowców zszedł na drugi plan. Myślałem tylko o palącym pragnieniu.
Ranek przyniósł cierpienie.Przy każdym uderzeniu serca, czułem bolesne łomotane w głowie. Nawet najlżejszy ruch prowadził do szarpiącego bólu stawów. W głębi duszy miałem przeczucie, że żle postępuję. Powinienem zachowywać się ostrożniej, poruszać szybciej i sprawniej. Czułem się jednak tak, jakbym miał watę w głowiei nic nie mogłem zaplanować. Powinienem wrócić do jeziora? Marny pomysł. Nie udałoby mi się.Więc może liczyć na deszcz? Na niebie jednak nie dostrzegłem ani jednej chmurki. Musiałem szukać dalej, nie miałem innego wyjścia.
- Woda - powiedziałem na tyle głośnona ile mi starczyło odwagi i pełny nadzieji czekam na deszcz. Ukryłem twarz między łapami... Po mimo całej złości, nienawiści i podejrzliwości zacisnąłem zęby i dźwignąłem się na nogi. Słońce prażyło bez opamiętania, panował jeszcze gorszy skwar niż wczoraj. Czułem się jak kawałek startej skóry - schnącej i pękającej w upale. Każdy krok stawiałem z ogromnym wysiłkiem, ale nie chciałem się zatrzymać. " Nie mogę się poddać" . Gdy doszło południe wiedziałem, że koniec jest bliski. Łapy mi się trzęsły, a serce waliło stanowczo zbyt szybko. Potykałem się często, ale za każdym razem udawało mi się odzyskać równowagę. Oczy same mi się zamykały. " Nie jest źle" - próbowałem sobie wmówić. Upał słabł co świadczyło o zbliżającym się wieczorze. Poczułem delikatną, słodką woń kojarzącą mi się z liliami. Grzebnąłem łapą po wierzchni gleby, palce z łatwością ślizgały mi się po ziemi. " Tutaj dobrze będzie umrzeć".
- ciąg dalszy nastąpi-
Wychyliłem się z zza liści i stanąłem w świetle poranka. Znieruchomiałem na sekunde,by zarejestrować dżwięki otaczającego mnie świata. Zabierałem się już do wymarszu, lecz nagle przypomniałem sobie o wnykach, które zastawiłem wczoraj wieczorem. Może sprawdzenie ich nie jest rozsądne kiedy w okolicy przybywają wrogowie - pomyślałem - ale musze podjąc ryzyko... zbyt wiele lat spędziłem na polowaniach. Po za tym nie mogę się oprzeć pokusie świeżego mięsa. Nagrodą okazał się dorodny królik. Szybko go oporządziłem i oczyściłem, przykrywając głowe, łapy, skórę i wnętrzności stertą liści. Wyruszyłem, w marszu zajadając się świerzym mięsem. Słońce wzeszło i zrobiło się jasno,nawet pod konarami drzew. Minął zaledwie dzień, a ja w niesamowitym tępie się odwadniałem. Cóż woda spływa w dół doliny to chyba podążam w dobrym kierunku. Gdyby jeszcze udało mi się znaleźć zwierzęcy szlak do wodopoju, albo intensywnie zieloną kępę roślin. W ten sposób szybko dotarłbym do celu. Nic w około jednak się nie zmieniało. Teren łagodnie się obniża, latają te same ptaki i drzewa też takie same. Mijały godziny a ja coraz bardziej uświadamiałem sobie, że moja sytuacja staje się fatalna. Bolała mnie głowa a z języka srbił się suchy placek, którego w rzaden sposób nie potrafiłem nawilżyć. Słońce drażniło moje oczy. Późnym po południem wydawało mi się, że znalazłem ratunek. Dostrzegłem kępę krzaków i pędem podbiegłem tam,by nawlżyć język sokiem z owoców." Przynajmniej to" - pomyślałem wykrzywiając się w grymasie. Ogarniało mnie coraz silniejsze wyczerpanie, które nie miało nic wspólnego z długą wędrówką. Coraz częściej zatrzymywałem się na odpoczynek,chociaż wiedziałem, że tylko konsekwentne poszukiwania zaradzą moim słabością. Wypatrywałem śladów wody, jednak gdzie kolwiek spojrzałem, wszędzie widziałem jednolitą połać lasu.Postanowiłem maszerować do zmroku, jednak przerwałem marszutre dopiero wedy,gdy zacząłem potykać się o własne nogi. Zmordowany wczołgałem się w dziure pod korzeniami drzewa. Zapadła noc. Strach przed watachą zawodowców zszedł na drugi plan. Myślałem tylko o palącym pragnieniu.
Ranek przyniósł cierpienie.Przy każdym uderzeniu serca, czułem bolesne łomotane w głowie. Nawet najlżejszy ruch prowadził do szarpiącego bólu stawów. W głębi duszy miałem przeczucie, że żle postępuję. Powinienem zachowywać się ostrożniej, poruszać szybciej i sprawniej. Czułem się jednak tak, jakbym miał watę w głowiei nic nie mogłem zaplanować. Powinienem wrócić do jeziora? Marny pomysł. Nie udałoby mi się.Więc może liczyć na deszcz? Na niebie jednak nie dostrzegłem ani jednej chmurki. Musiałem szukać dalej, nie miałem innego wyjścia.
- Woda - powiedziałem na tyle głośnona ile mi starczyło odwagi i pełny nadzieji czekam na deszcz. Ukryłem twarz między łapami... Po mimo całej złości, nienawiści i podejrzliwości zacisnąłem zęby i dźwignąłem się na nogi. Słońce prażyło bez opamiętania, panował jeszcze gorszy skwar niż wczoraj. Czułem się jak kawałek startej skóry - schnącej i pękającej w upale. Każdy krok stawiałem z ogromnym wysiłkiem, ale nie chciałem się zatrzymać. " Nie mogę się poddać" . Gdy doszło południe wiedziałem, że koniec jest bliski. Łapy mi się trzęsły, a serce waliło stanowczo zbyt szybko. Potykałem się często, ale za każdym razem udawało mi się odzyskać równowagę. Oczy same mi się zamykały. " Nie jest źle" - próbowałem sobie wmówić. Upał słabł co świadczyło o zbliżającym się wieczorze. Poczułem delikatną, słodką woń kojarzącą mi się z liliami. Grzebnąłem łapą po wierzchni gleby, palce z łatwością ślizgały mi się po ziemi. " Tutaj dobrze będzie umrzeć".
- ciąg dalszy nastąpi-
Opowiadanie od Mrocznego
- Tak łatwo to nie… - zaczęła Sky i pewnie by skończyła gdyby nie głośne wycie z południa. Głos ten rozpoznałem od razu, a unosił się tak delikatnie, lecz stanowczo, iż od razu rozpoznałem, że Izis wyje na alarm. Wszystko działo się tak szybko. Leach otwierając szeroko oczy, przesłała mi przelotne spojrzenie i gwałtownie wystartowała do przodu, wymijając blokującą ją Amnesie, zrobiłem to samo i pędząc niczym wiatr dogoniłem Le po paru zwinnych skokach, po czym wyprzedziłem ją z niesamowitą prędkością pracując łapami. Każdy mięsień pracował teraz z całych sił, a do mnie powoli docierało skąd wycie na alarm… Scarllatto… Wyobrażając sobie jego bandę krzywdzącą moją rodzinę przyspieszyłem, gnając tempem boga i nie dając Leach szans na dogonienie mnie. Drzewa rozmazywały mi się przed oczami, mimo tego sprytnie wymijałem każdy konar i gałąź. Po chwili wpadłem na teren watahy wyglądając moich przyjaciół. Zobaczyłem jedynie cień wilka na szczycie Dum-dum, góry przeznaczenia… Wybiłem się i dosłownie jednym skokiem dotarłem na miejsce bitwy. Było nas 23, ich piętnastu mimo tego widziałem, że przegrywamy. Jeszcze jeden skok i przeleciałem nad Izis, wbijając kły w jej oprawce, kryształową wilczyce i odrywając jej głowie od reszty ciała, gruchocząc kości i miażdżąc mięśnie wyrzuciłem ją do góry. Krew wytrysnęła, jak woda gejzeru, barwiąc moje futro i pysk, zajęło mi to zaledwie sekundę. Kolejny wyskok, kolejny atak. Mordowałem jak maszyna, zostawiając po sobie jedynie śmierć, nie byłem w stanie powiedzieć jak odróżniłem moich przyjaciół od wroga, ale byłem pewny, że ani jednego nie zadrasnąłem. Po kilku minutach czas stanął, W dosłownie spowolnionym tempie rozejrzałem się dookoła, widząc swoje dzieło. Martwe wilki leżały jak porozrzucane zabawki, a moi bracia i siostry, cali umazani morderczą cieczą, dysząc ciężko patrzyli na mnie z łzami szczęścia w oczach. Seth spojrzał na Le, nie wiedziałem, kiedy dotarła na miejsce, wiedziałem natomiast, że bardzo mi pomogła. Sharon uśmiechnął się do Flame, która mimo wszystkiego: brudu, błota i pozlepianej sierści oraz zmęczenia, zachowała grację. Lil posłała ostrożne spojrzenie piaskowej wilczycy o drobnych, delikatnych kształtach. Rozglądałem się wkoło szukając Izis… nie było jej.
- Szukajcie Izis! – wykrzyknąłem przerażony.
Przerzucając truchła dokopałem się do jej nieruchomego ciała. „Nie!” pomyślałem…
Cała umazana i brudna opadła delikatnie na moje łapy, a ja poczułem oddech…
- Mam ją! Ona żyje! Potrzebuje pomocy! – wydarłem się do reszty
Przyjrzałem się jej dokładnie, ani rany czy blizny… to nie przez walkę. Odgarnąłem czarną grzywę z jej czoła. Widniał na nim znak, znak pradawnych i upadłych…
- Co jej jest? – zapytał Shoun patrząc na nią niespokojnym wzrokiem.
- Odejdźcie, tym musze zająć się sam – mruknąłem – zabrać i spalić wszystkie ciała!
Podniosłem się rozpoczynając czary… igrając z magią cierpienia i zagłady. Wokół mnie i Izis zapłonął czarny ogień, rysując koślawe wzory własnym płomieniem. Tym samym płomieniem zaświeciły moje oczy. Zmieniając postać w siebie, boga, a nie wilka stanąłem nad nią wymawiając słowa zaklęcia:
- Ceciderunt tempus finitur in flamma, antiqui potestas hoc infunditur umbras, in fortitudine et patientibus, et contritio magicae, pick sursum iacentes in mea stella potestatem! Ego tamen in moerore et tristitia, non fit valida forent!
Izis gwałtownie otworzyła oczy biorąc głęboki wdech… Zmieniłem się ponownie w wilka, a ja odwróciłem wzrok w kierunku góry ognia….
- To koniec… - wyszeptałem
Głos Scarllatta dochodzący z lasu obił się tylko o moje uszy:
- Nie tatulku, to dopiero początek!
--- ciąg dalszy nastąpi ---
Uwaga dla ciekawych oto tekst zaklęcia:
Upadłego czas zakończył się w płomieniu, pradawnych moc rozpłynie się w cieniu, w sile i cierpieniu, magi i zagładzie, odbieram upadłym nad mą gwiazdą władzę! I niechaj mimo bólu i smutku, czar potężny nie dojdzie do skutku!
- Szukajcie Izis! – wykrzyknąłem przerażony.
Przerzucając truchła dokopałem się do jej nieruchomego ciała. „Nie!” pomyślałem…
Cała umazana i brudna opadła delikatnie na moje łapy, a ja poczułem oddech…
- Mam ją! Ona żyje! Potrzebuje pomocy! – wydarłem się do reszty
Przyjrzałem się jej dokładnie, ani rany czy blizny… to nie przez walkę. Odgarnąłem czarną grzywę z jej czoła. Widniał na nim znak, znak pradawnych i upadłych…
- Co jej jest? – zapytał Shoun patrząc na nią niespokojnym wzrokiem.
- Odejdźcie, tym musze zająć się sam – mruknąłem – zabrać i spalić wszystkie ciała!
Podniosłem się rozpoczynając czary… igrając z magią cierpienia i zagłady. Wokół mnie i Izis zapłonął czarny ogień, rysując koślawe wzory własnym płomieniem. Tym samym płomieniem zaświeciły moje oczy. Zmieniając postać w siebie, boga, a nie wilka stanąłem nad nią wymawiając słowa zaklęcia:
- Ceciderunt tempus finitur in flamma, antiqui potestas hoc infunditur umbras, in fortitudine et patientibus, et contritio magicae, pick sursum iacentes in mea stella potestatem! Ego tamen in moerore et tristitia, non fit valida forent!
Izis gwałtownie otworzyła oczy biorąc głęboki wdech… Zmieniłem się ponownie w wilka, a ja odwróciłem wzrok w kierunku góry ognia….
- To koniec… - wyszeptałem
Głos Scarllatta dochodzący z lasu obił się tylko o moje uszy:
- Nie tatulku, to dopiero początek!
--- ciąg dalszy nastąpi ---
Uwaga dla ciekawych oto tekst zaklęcia:
Upadłego czas zakończył się w płomieniu, pradawnych moc rozpłynie się w cieniu, w sile i cierpieniu, magi i zagładzie, odbieram upadłym nad mą gwiazdą władzę! I niechaj mimo bólu i smutku, czar potężny nie dojdzie do skutku!
niedziela, 10 marca 2013
Opowiadanie od Tuski (wspomnienia)
Chociaż
jesteśmy kowalami własnego losu nie zawsze bywa on tak łaskawy jak
byśmy chcieli. Nim Mroczny przyjął mnie do swej watahy moje życie
było usłane różami, lecz kolczastymi. Wszystko to pamiętam do
dziś, już od chwili mych narodzin. Od urodzenia żyłam z mą
najukochańszą matką… Była to przepiękna biała wilczyca o
błękitnych oczach i najmiękkciejszej sierści, w jaką się
wtulałam. Mieszkałyśmy w jaskini na lekkim wzniesieniu nieopodal
skromnego lasku. Zima była tam najdłużej odwiedzającą porą
roku, lecz ja nie czułam zimna gdyż mama zawszę mnie grzała.
Jednak pewna rzecz nie dawała mi spokoju. Każdego dnia moja matka
wpatrywała się w wejście do jaskini jakby na kogoś czekała, lecz
nikt się nie pojawiał. Gdy zapytałam się ją, czemu tak się
przygląda wejściu odpowiedziała:
-Wiesz moja maleńka Tsuki, jeżeli będziesz miała kogoś, kogo pokochasz najmocniej będziesz w stanie czekać wieczność aż ta osoba wróci-matka spojrzała na mnie rozmarzonymi oczami.
-Ale, co jeżeli ta osoba się nie pojawi nigdy i będziesz czekać na marne z fałszywą nadzieją?- spytałam z posmutniałą miną.
-Nadzieja to coś, w co wierzymy. Nie ma czegoś takiego jak fałszywa nadzieja, jest tylko zwątpienie w nią, ale nie oznacza to, że mamy ją porzucić- odpowiedziała wilczyca z uśmiechem do córki- Poza tym nie była bym Nadzieją gdybym w nią nie wierzyła. Rodzice nazwali mnie Nozomu co oznacz Nadzieja gdyż wierzyli, że będę najważniejszą podporą watahy.
-Watahy? A co to takiego? Nigdy nie wspominałaś o moich dziadkach ani o moim ojcu? Właściwie to miałam już dawno zapytać. Kim oni są i dlaczego nie jesteśmy razem z nimi? Czy coś im się stało?- spytałam po zaczerpnięciu odwagi na nurtujące mnie pytania.
Mama nagle posmutniała, ale nie próbowała po sobie tego poznać.
-Tak, masz już pół roku, więc wydaje mi się, że jesteś już wystarczająco duża by znać całą historię naszej miłości i cierpienia wynikającego z pewnych przeciwności.
Zaczęło się to, gdy miałam zaledwie rok. Byłam córką przywódcy watahy wraz z mymi siostrami, …czyli Wiarą i … czyli Miłością. Udawałam się na moje pierwsze samodzielne łowy na zwierzynę. Przyczaiłam się na zająca, lecz gdy go zaatakowałam zderzyłam się z drugim wilkiem. Był mniej więcej w moim wieku, miał czarną sierść i żółto-złote oczy. Po chwili dowiedziałam się, że ma na imię Ogami i był niezadowolony, że mu przerwałam łowy. Po sprzeczce z nudów postanowiliśmy się trochę pobawić, bo i tak nie mieliśmy zbyt wielkiego wyboru. Pomimo wcześniejszej kłótni świetnie się bawiłam i on najwyraźniej też. Jednak dzień się kończył i musieliśmy wracać, ale pojęcie czasu wyleciało nam z głowy. Podczas zabawy mój ojciec nagle z nikąd złapał mnie za kark i podniósł, tak samo jak w tym samym czasie nieznany mi wilk podniósł Ogamiego. Oboje szybko byliśmy prowadzeni w przeciwnych kierunkach. Gdy spytałam tatę, dlaczego idziemy w przeciwnym kierunku odpowiedział, że był to wilk z wrogiego stada i niewolno mi się do niego zbliżać. Była zszokowana i smutna, że nie będę mogła widywać się z Ogamim, ale ojciec był zbyt stanowczy by mu się sprzeciwić. I tak minęło półtora roku, a ja zdążyłam o wszystkim zapomnieć.
Ze względu na to, że skończyłam już 2,5 roku, ojciec zaczął już myśleć o moim przyszłym zamążpójściu, lecz ja nie miałam ochoty być z kimś, kogo bym nie pokochała. Zamiast tego wolałam spacerować po lesie w czasie pełni. Pewnego wieczoru, gdy wypoczywałam nad jeziorem, po jego drugiej stronie ujrzałam czarnego wilka. Byłam ciekawa kto to, więc powoli podchodziłam naokoło jeziora zbliżając się do niego. Gdy znalazłam się niedaleko wilka, spojrzałam na niego i ujrzałam Ogamiego, o którym prawie zupełnie zapomniałam. Niestety przypomniałam sobie zakaz ojca i właśnie miałam się wycofać, gdy dawny przyjaciel dostrzegł mnie. Przez chwile nasze oczy spoglądały na siebie, a po chwili rozpoczęliśmy rozmowę. Obydwoje byliśmy zaskoczeni widząc siebie, ale po chwili obydwoje byliśmy szczęśliwi, że się spotkaliśmy skoro tak szybko nas rozdzielno. Sama nie wiem jak to się stało i nie chcę ci rozpowiadać aż tak tej historii, więc powiem po prostu, że nim się obejrzałam zaczęliśmy się często widywać i spędzać ze sobą dużo czasu. I tak minęło pół roku, lecz mi zdawało jakbyśmy się znali bez przerwy od urodzenia. Nasza przyjaźń w pewnym czasie zamieniła się w miłość i byłam bardzo szczęśliwa. Niestety pewnego dnia ojciec oświadczył, że nareszcie znalazł odpowiednie kandydata na mojego partnera. Do dziś żałuję jednak, że pod wpływem emocji powiedziałam mu wtedy, że kocham Ogamiego. Ojciec słysząc to wpadł w szał i prawie by mnie uderzył, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Całkowicie zabronił mi się z nim spotykać i nakazałbym była z tym, którego on wybierze, ale ja nie dałam za wygraną i natychmiast pobiegłam jak najszybciej się dało do Ogamiego. Musiałam zgubić wilki, które mnie goniły, ale udało mi się do niego dobiec. Gdy tylko Ogami spytał, co się stało, wyjaśniłam mu wszystko. Prawie bez chwili namysłu zaproponował ucieczkę z daleka watah, tak by nikt nas nie znalazł. Uciekliśmy nocą, gdy księżyc w pełni oświetlał nam drogę. Po kilku dniach ciągłej drogi dotarliśmy do skraju naszej krainy i początku drugiej, w której nie zamieszkiwało zbyt wielu. Tu mogliśmy mieć upragniony spokój i tak było przez kolejne pół roku, lecz wszystko co dobre kiedyś się kończy. Zaufany przyjaciel poinformował nas, że wataha Ogamiego zbliża się do nas by zabić go za zdradę i przy okazji mnie za to, że go omamiłam. To była dla nas tragedia tym bardziej, że niedługo ty miałaś przyjść na świat. Nie miałam siły uciekać, a wilki były coraz bliżej. Wtedy Ogami spoważniał i powiedział, że to jego przede wszystkim szukają, więc dociągnie je ode mnie by nic nie stało się mi i dziecku. Nie mogłam się na to zgodzić, lecz on był zbyt uparty. Wychodząc powiedział, że na pewno tu wróci i przyrzekł, że już nigdy nie będziemy musieli uciekać, a do tego czasu mam zająć się naszą Tsukiberi sama. Niestety mijały dni i tygodnie, a on nie pojawił się już nigdy. Chciałam go poszukać, ale było już zbyt mało czasu do porodu i nie miałam sił. Potem urodziłaś się ty i nie mogłam cię tak zostawić. Nie wybaczyłabym tego sobie, jako matka i on też by mi tego nie wybaczył. I tak zostało do dziś moja droga.
Przez pewien moment musiałam się otrząsnąć po tym, co usłyszałam, ale po chwili wróciłam do rzeczywistości.- A więc to tatę wypatrujesz codziennie, czy czasem nie powróci? Ale zaraz, nazwał mnie Tsukiberi?- spytałam zdziwiona.
-Tak- uśmiechnęła się mama- To twoje całe imię. Ojciec chciałbyś nazywała się Tsuki, czyli Księżyc, a ja Beri, czyli Jagoda. Żadne z nas nie chciało ustąpić i wyszła Księżycowa Jagoda, ale póki byłaś mała chciałam do ciebie mówić krócej, a dopiero później podać ci całe imię. A skoro już wspomniałyśmy o jedzeniu to czas coś upolować. Poczekaj tu chwilę, a ja wrócę za moment.
Tak więc położyłam się, a mama opuściła jaskinię. Byłam bardzo senna i miałam już zamknąć oczy, gdy nagle przeszył mnie dziwny dreszcz. Spojrzałam dookoła siebie, lecz nikogo nie widziałam. Po chwili jednak zwróciłam wzrok w stronę wejścia i zobaczyłam niewyraźnie wilka. Pomyślałam, że to tata wreszcie wrócił do nas pomimo minionego czasu. Już się cieszyłam i pobiegłam w jego stronę, lecz po chwili nie miałam dobrego przeczucia, gdy zobaczyłam przybysza z bliska…
Ciąg Dalszy Nastąpi…
-Wiesz moja maleńka Tsuki, jeżeli będziesz miała kogoś, kogo pokochasz najmocniej będziesz w stanie czekać wieczność aż ta osoba wróci-matka spojrzała na mnie rozmarzonymi oczami.
-Ale, co jeżeli ta osoba się nie pojawi nigdy i będziesz czekać na marne z fałszywą nadzieją?- spytałam z posmutniałą miną.
-Nadzieja to coś, w co wierzymy. Nie ma czegoś takiego jak fałszywa nadzieja, jest tylko zwątpienie w nią, ale nie oznacza to, że mamy ją porzucić- odpowiedziała wilczyca z uśmiechem do córki- Poza tym nie była bym Nadzieją gdybym w nią nie wierzyła. Rodzice nazwali mnie Nozomu co oznacz Nadzieja gdyż wierzyli, że będę najważniejszą podporą watahy.
-Watahy? A co to takiego? Nigdy nie wspominałaś o moich dziadkach ani o moim ojcu? Właściwie to miałam już dawno zapytać. Kim oni są i dlaczego nie jesteśmy razem z nimi? Czy coś im się stało?- spytałam po zaczerpnięciu odwagi na nurtujące mnie pytania.
Mama nagle posmutniała, ale nie próbowała po sobie tego poznać.
-Tak, masz już pół roku, więc wydaje mi się, że jesteś już wystarczająco duża by znać całą historię naszej miłości i cierpienia wynikającego z pewnych przeciwności.
Zaczęło się to, gdy miałam zaledwie rok. Byłam córką przywódcy watahy wraz z mymi siostrami, …czyli Wiarą i … czyli Miłością. Udawałam się na moje pierwsze samodzielne łowy na zwierzynę. Przyczaiłam się na zająca, lecz gdy go zaatakowałam zderzyłam się z drugim wilkiem. Był mniej więcej w moim wieku, miał czarną sierść i żółto-złote oczy. Po chwili dowiedziałam się, że ma na imię Ogami i był niezadowolony, że mu przerwałam łowy. Po sprzeczce z nudów postanowiliśmy się trochę pobawić, bo i tak nie mieliśmy zbyt wielkiego wyboru. Pomimo wcześniejszej kłótni świetnie się bawiłam i on najwyraźniej też. Jednak dzień się kończył i musieliśmy wracać, ale pojęcie czasu wyleciało nam z głowy. Podczas zabawy mój ojciec nagle z nikąd złapał mnie za kark i podniósł, tak samo jak w tym samym czasie nieznany mi wilk podniósł Ogamiego. Oboje szybko byliśmy prowadzeni w przeciwnych kierunkach. Gdy spytałam tatę, dlaczego idziemy w przeciwnym kierunku odpowiedział, że był to wilk z wrogiego stada i niewolno mi się do niego zbliżać. Była zszokowana i smutna, że nie będę mogła widywać się z Ogamim, ale ojciec był zbyt stanowczy by mu się sprzeciwić. I tak minęło półtora roku, a ja zdążyłam o wszystkim zapomnieć.
Ze względu na to, że skończyłam już 2,5 roku, ojciec zaczął już myśleć o moim przyszłym zamążpójściu, lecz ja nie miałam ochoty być z kimś, kogo bym nie pokochała. Zamiast tego wolałam spacerować po lesie w czasie pełni. Pewnego wieczoru, gdy wypoczywałam nad jeziorem, po jego drugiej stronie ujrzałam czarnego wilka. Byłam ciekawa kto to, więc powoli podchodziłam naokoło jeziora zbliżając się do niego. Gdy znalazłam się niedaleko wilka, spojrzałam na niego i ujrzałam Ogamiego, o którym prawie zupełnie zapomniałam. Niestety przypomniałam sobie zakaz ojca i właśnie miałam się wycofać, gdy dawny przyjaciel dostrzegł mnie. Przez chwile nasze oczy spoglądały na siebie, a po chwili rozpoczęliśmy rozmowę. Obydwoje byliśmy zaskoczeni widząc siebie, ale po chwili obydwoje byliśmy szczęśliwi, że się spotkaliśmy skoro tak szybko nas rozdzielno. Sama nie wiem jak to się stało i nie chcę ci rozpowiadać aż tak tej historii, więc powiem po prostu, że nim się obejrzałam zaczęliśmy się często widywać i spędzać ze sobą dużo czasu. I tak minęło pół roku, lecz mi zdawało jakbyśmy się znali bez przerwy od urodzenia. Nasza przyjaźń w pewnym czasie zamieniła się w miłość i byłam bardzo szczęśliwa. Niestety pewnego dnia ojciec oświadczył, że nareszcie znalazł odpowiednie kandydata na mojego partnera. Do dziś żałuję jednak, że pod wpływem emocji powiedziałam mu wtedy, że kocham Ogamiego. Ojciec słysząc to wpadł w szał i prawie by mnie uderzył, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Całkowicie zabronił mi się z nim spotykać i nakazałbym była z tym, którego on wybierze, ale ja nie dałam za wygraną i natychmiast pobiegłam jak najszybciej się dało do Ogamiego. Musiałam zgubić wilki, które mnie goniły, ale udało mi się do niego dobiec. Gdy tylko Ogami spytał, co się stało, wyjaśniłam mu wszystko. Prawie bez chwili namysłu zaproponował ucieczkę z daleka watah, tak by nikt nas nie znalazł. Uciekliśmy nocą, gdy księżyc w pełni oświetlał nam drogę. Po kilku dniach ciągłej drogi dotarliśmy do skraju naszej krainy i początku drugiej, w której nie zamieszkiwało zbyt wielu. Tu mogliśmy mieć upragniony spokój i tak było przez kolejne pół roku, lecz wszystko co dobre kiedyś się kończy. Zaufany przyjaciel poinformował nas, że wataha Ogamiego zbliża się do nas by zabić go za zdradę i przy okazji mnie za to, że go omamiłam. To była dla nas tragedia tym bardziej, że niedługo ty miałaś przyjść na świat. Nie miałam siły uciekać, a wilki były coraz bliżej. Wtedy Ogami spoważniał i powiedział, że to jego przede wszystkim szukają, więc dociągnie je ode mnie by nic nie stało się mi i dziecku. Nie mogłam się na to zgodzić, lecz on był zbyt uparty. Wychodząc powiedział, że na pewno tu wróci i przyrzekł, że już nigdy nie będziemy musieli uciekać, a do tego czasu mam zająć się naszą Tsukiberi sama. Niestety mijały dni i tygodnie, a on nie pojawił się już nigdy. Chciałam go poszukać, ale było już zbyt mało czasu do porodu i nie miałam sił. Potem urodziłaś się ty i nie mogłam cię tak zostawić. Nie wybaczyłabym tego sobie, jako matka i on też by mi tego nie wybaczył. I tak zostało do dziś moja droga.
Przez pewien moment musiałam się otrząsnąć po tym, co usłyszałam, ale po chwili wróciłam do rzeczywistości.- A więc to tatę wypatrujesz codziennie, czy czasem nie powróci? Ale zaraz, nazwał mnie Tsukiberi?- spytałam zdziwiona.
-Tak- uśmiechnęła się mama- To twoje całe imię. Ojciec chciałbyś nazywała się Tsuki, czyli Księżyc, a ja Beri, czyli Jagoda. Żadne z nas nie chciało ustąpić i wyszła Księżycowa Jagoda, ale póki byłaś mała chciałam do ciebie mówić krócej, a dopiero później podać ci całe imię. A skoro już wspomniałyśmy o jedzeniu to czas coś upolować. Poczekaj tu chwilę, a ja wrócę za moment.
Tak więc położyłam się, a mama opuściła jaskinię. Byłam bardzo senna i miałam już zamknąć oczy, gdy nagle przeszył mnie dziwny dreszcz. Spojrzałam dookoła siebie, lecz nikogo nie widziałam. Po chwili jednak zwróciłam wzrok w stronę wejścia i zobaczyłam niewyraźnie wilka. Pomyślałam, że to tata wreszcie wrócił do nas pomimo minionego czasu. Już się cieszyłam i pobiegłam w jego stronę, lecz po chwili nie miałam dobrego przeczucia, gdy zobaczyłam przybysza z bliska…
Ciąg Dalszy Nastąpi…
Opowiadanie od Izis
Co
ja mam teraz zrobić? Oni oczekują z pewnością, że posiadam jakąś
super tajną moc której zaraz użyję by rozgromić przeciwnika. Też
tak bym chciała. Wpaść na scenę i zakończyć całą tą aferę
jednym warknięciem. Ale prawda jest zupełnie inna. Nie mam
zielonego pojęcia co robić! Och gdyby był tu chociaż Hyp, albo...
Shide...
Powstrzymałam się od wybuchnięcia płaczem.
-Izis...?
Wszyscy patrzyli na mnie wyczekująco.
-Nic, nic... ja tylko... gdzie Lech?
Nikt mi nie odpowiedział. Lekki powiew wiatru rozmiótł zeschnięte liście.
-Dobra mniejsza z tym... idziemy...
Odwróciłam się do nich tyłem i zaczęłam biec przed siebie. W duchu błagałam by nie mogli mnie dogonić, ale wiedziałam, że to niemożliwe. Po sekundzie pędziliśmy już ramie w ramie. Moje mięśnie pracowały z podwójną siłą, łapy uderzały lekko o ziemię, a w głowie tłukły się nieuporządkowane myśli. Wiedziałam dobrze, że zaraz będę musiała walczyć na śmierć i życie. Obróciłam głowę w bok. Laira niemal dotrzymywała mi tępa.
„Przyda się dodatkowa pomoc.” pomyślałam i znów skierowałam wzrok przed siebie. Coś poruszyło się na jednej ze skalnych półek. Grymas wykrzywił mój pysk.
-To oni! Przygotujcie się na...- nie dokończyłam zdania bo dosłownie przede mną zmaterializował się jakiś wilk. Jego oczy zamigotały, a ja rozbiłam się o niewidzialną barierę. Chwilę później byłam już kilka stup dalej. Reszta moich towarzyszy nagle skamieniała, a ja dobrze wiedziałam kto zaraz złoży mi wizytę.
-Sądziłem, że twoja kompania będzie większym wyzwaniem. No cóż myliłem się. Ale to chyba dobrze, że sprawy objęły taki, a nie inny obrót?
Wolwgan uśmiechał się drwiąco. Jego czarne jak smoła oczy przyglądały się mi uważnie tak jak by się czegoś bał. Tuż przy nim stała Iyo. Wilczyca była widocznie w dobrym nastroju. No jasne wszystko szło po jej myśli.
-Och, Izis, Izis! No spójrz na siebie! Jak ty wyglądasz?!
Przyznaje szczerze, iż nie przypominałam wtedy, żadnego żyjącego wilka. Moje furo pokryte było grubą warstwą lepkiego błota, a z długiej rany na policzku sączyła się krew. Do tego jeszcze mięśnie odmawiały posłuszeństwa.
-Nie przejmuj się kochanie! Do wesela się zagoi!
-Chyba raczej do twojego pogrzebu...- wycedziłam przez zęby.
-Mi się nigdzie moja droga nie śpieszy. Nie tak jak tobie! A tak przy okazji. Jak tam z naszą umową?
Zatkało mnie. Czułam każde uderzenie serca.
-Gdzie on jest?
-A czy zrobiłaś już to o co cię prosiłam?
Rzuciłam się na Iyo. Czar Wolwgana na nie miał nade mną władzy. Przygwoździłam czarną wilczycę to ziemi.
-Gdzie on jest!
-Drogie panie nie należy się kłócić o byle co. Dziś mamy tak wspaniały dzionek, ptaki śpiewają...
-...a banda półgłówków zakłóca porządek. Tak w ogóle po co cie tu przywiało?
Syn Mrocznego spojrzał na mnie z poirytowaniem.
-Zemsta najlepiej smakuje z domieszką krwi oraz śmierci. Tak Izis zrozumiałaś dobrze. Chcę zabić ciebie i twoich towarzyszy. Tatulka zostawię sobie na wielki finał!
„On zwariował...!”
Moje oczy zapaliły się na zielono. Czułam przypływ nowej energii. Już byłam pewna co muszę zrobić.
Skoczyłam na Wolwgana. Po sekundzie leżał już nieprzytomny na ziemi. Wciąż oddychał bo nie miałam sumienia go zabić. Jednak to wystarczyło aby odczynić urok. Wszyscy moi towarzysze rzucili się na wroga z zabójczym wyciem. Dostrzegłam jak Lily walczy z ogromnym szarym wilkiem. Moja przyjaciółka unikała z niezwykłą gracją kamiennych pocisków, atakując jednocześnie swoim super spojrzeniem. Ziemia zadrżała. To Rasko ścierał się właśnie z Flame. Thorin, Teba oraz Seneru kontra Nikita i Shaun. Wokół mnie wirowały płomienie, wysyłane niezdarnie przez jakiegoś wilka. Spojrzałam na Scarlatta jego czerwone oczy płonęły wściekłością.
-Choć i walcz zapchlony kundlu!- wiedziałam, że muszę to teraz zakończyć.
-Nie dziś Izis, nie dziś...
Zza jego pleców wyszła wilczyca o kryształowej sierści.
-Jesteś zwykłym tchórzem!
-Wątpię. A teraz niech panie wybaczą ale ja mam jeszcze jedną sprawię do załatwienia.
-Nigdzie stąd nie pójdziesz!
-Megan twoja kolej.
Wilczyca zaczęła się do mnie zbliżać. Powoli powłócząc nogami, a ja jak na złość nie mogłam się ruszyć.
-Nie bój się... to nie jest jeszcze twoje ostatnie słowo...
-O czym ty...?
W przedniej łapie wilczycy pojawiło się jakieś małe światełko.
-Będziesz teraz jednym z nas... Pradawną...
-NIE!
Przyłożyła mi światełko do czoła szepcząc coś w nieznanym mi języku. Furia znikła, a mi coraz trudniej było nabrać oddech. Przed oczami pojawiły się czarne plamki po czym upadłam. Ostatnią, rzeczą jaką dostrzegłam była sylwetka Mrocznego która mignęła gdzieś w oddali...
Powstrzymałam się od wybuchnięcia płaczem.
-Izis...?
Wszyscy patrzyli na mnie wyczekująco.
-Nic, nic... ja tylko... gdzie Lech?
Nikt mi nie odpowiedział. Lekki powiew wiatru rozmiótł zeschnięte liście.
-Dobra mniejsza z tym... idziemy...
Odwróciłam się do nich tyłem i zaczęłam biec przed siebie. W duchu błagałam by nie mogli mnie dogonić, ale wiedziałam, że to niemożliwe. Po sekundzie pędziliśmy już ramie w ramie. Moje mięśnie pracowały z podwójną siłą, łapy uderzały lekko o ziemię, a w głowie tłukły się nieuporządkowane myśli. Wiedziałam dobrze, że zaraz będę musiała walczyć na śmierć i życie. Obróciłam głowę w bok. Laira niemal dotrzymywała mi tępa.
„Przyda się dodatkowa pomoc.” pomyślałam i znów skierowałam wzrok przed siebie. Coś poruszyło się na jednej ze skalnych półek. Grymas wykrzywił mój pysk.
-To oni! Przygotujcie się na...- nie dokończyłam zdania bo dosłownie przede mną zmaterializował się jakiś wilk. Jego oczy zamigotały, a ja rozbiłam się o niewidzialną barierę. Chwilę później byłam już kilka stup dalej. Reszta moich towarzyszy nagle skamieniała, a ja dobrze wiedziałam kto zaraz złoży mi wizytę.
-Sądziłem, że twoja kompania będzie większym wyzwaniem. No cóż myliłem się. Ale to chyba dobrze, że sprawy objęły taki, a nie inny obrót?
Wolwgan uśmiechał się drwiąco. Jego czarne jak smoła oczy przyglądały się mi uważnie tak jak by się czegoś bał. Tuż przy nim stała Iyo. Wilczyca była widocznie w dobrym nastroju. No jasne wszystko szło po jej myśli.
-Och, Izis, Izis! No spójrz na siebie! Jak ty wyglądasz?!
Przyznaje szczerze, iż nie przypominałam wtedy, żadnego żyjącego wilka. Moje furo pokryte było grubą warstwą lepkiego błota, a z długiej rany na policzku sączyła się krew. Do tego jeszcze mięśnie odmawiały posłuszeństwa.
-Nie przejmuj się kochanie! Do wesela się zagoi!
-Chyba raczej do twojego pogrzebu...- wycedziłam przez zęby.
-Mi się nigdzie moja droga nie śpieszy. Nie tak jak tobie! A tak przy okazji. Jak tam z naszą umową?
Zatkało mnie. Czułam każde uderzenie serca.
-Gdzie on jest?
-A czy zrobiłaś już to o co cię prosiłam?
Rzuciłam się na Iyo. Czar Wolwgana na nie miał nade mną władzy. Przygwoździłam czarną wilczycę to ziemi.
-Gdzie on jest!
-Drogie panie nie należy się kłócić o byle co. Dziś mamy tak wspaniały dzionek, ptaki śpiewają...
-...a banda półgłówków zakłóca porządek. Tak w ogóle po co cie tu przywiało?
Syn Mrocznego spojrzał na mnie z poirytowaniem.
-Zemsta najlepiej smakuje z domieszką krwi oraz śmierci. Tak Izis zrozumiałaś dobrze. Chcę zabić ciebie i twoich towarzyszy. Tatulka zostawię sobie na wielki finał!
„On zwariował...!”
Moje oczy zapaliły się na zielono. Czułam przypływ nowej energii. Już byłam pewna co muszę zrobić.
Skoczyłam na Wolwgana. Po sekundzie leżał już nieprzytomny na ziemi. Wciąż oddychał bo nie miałam sumienia go zabić. Jednak to wystarczyło aby odczynić urok. Wszyscy moi towarzysze rzucili się na wroga z zabójczym wyciem. Dostrzegłam jak Lily walczy z ogromnym szarym wilkiem. Moja przyjaciółka unikała z niezwykłą gracją kamiennych pocisków, atakując jednocześnie swoim super spojrzeniem. Ziemia zadrżała. To Rasko ścierał się właśnie z Flame. Thorin, Teba oraz Seneru kontra Nikita i Shaun. Wokół mnie wirowały płomienie, wysyłane niezdarnie przez jakiegoś wilka. Spojrzałam na Scarlatta jego czerwone oczy płonęły wściekłością.
-Choć i walcz zapchlony kundlu!- wiedziałam, że muszę to teraz zakończyć.
-Nie dziś Izis, nie dziś...
Zza jego pleców wyszła wilczyca o kryształowej sierści.
-Jesteś zwykłym tchórzem!
-Wątpię. A teraz niech panie wybaczą ale ja mam jeszcze jedną sprawię do załatwienia.
-Nigdzie stąd nie pójdziesz!
-Megan twoja kolej.
Wilczyca zaczęła się do mnie zbliżać. Powoli powłócząc nogami, a ja jak na złość nie mogłam się ruszyć.
-Nie bój się... to nie jest jeszcze twoje ostatnie słowo...
-O czym ty...?
W przedniej łapie wilczycy pojawiło się jakieś małe światełko.
-Będziesz teraz jednym z nas... Pradawną...
-NIE!
Przyłożyła mi światełko do czoła szepcząc coś w nieznanym mi języku. Furia znikła, a mi coraz trudniej było nabrać oddech. Przed oczami pojawiły się czarne plamki po czym upadłam. Ostatnią, rzeczą jaką dostrzegłam była sylwetka Mrocznego która mignęła gdzieś w oddali...
-Ciąg
dalszy nastąpi-
sobota, 9 marca 2013
Opowiadanie od Lairy
- A co jeśli się nie zgodzi... na pewno się nie zgodzi - mamrotałam zdenerwowana, intensyswnie wpatrując się w oczy mojej nowej przyjaciółki.
- Zobaczymy - powiedziała Lily. uśmiechając sie do mnie delikatnie, jednak niepewnie. - Dora to ja idę...
Jak powiedziała tak zrobiła odchodząc tanecznym krokiem, a ja czekałam niecierpliwie jej wupatrójąc.
Myślałam, że już nie wytrzymam, ale właśnie wtedy podeszła do mnie niespokojnie machajac puszystym ogonem.
- Nie ma go, więc na razie... możesz zostać u mnie...
- Och, dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony, jednak chyba odejdę... nie chcę sprawiać kłopotu...
- Lairo, to naprawde nic wielkiego, w "mojej jaskini są trzy inne i tak na prawde jestem właścicielką tylko jednej, wiec, z checia ci ja udostepnie.
- Jeszcze raz... wielkie dzięki - szepnęłam, bardzo szczęśliwa... tak na prwde nie chciałam odchodzić, jednak głupio mi było. W końcu, co ja dla niej znaczyłam? Przerwałam swoje rozmyślenia, uśmiechajac się z wdzięcznościa do Lil. W tem rozległo się wycie, wycie na alarm, cała wataha ( razem ze mną zebrała się na placu wpatrując sie w czarną wilczyce o złotych oczach.
- Co jest Izis? - zapytał wilk o głębokich niebieskich oczach
- Scarllatto ze swoją bandą na szczycie góry dum-dum! - wrzasnęła
- To co robimy?- zapytałam wychoddząc przed grupę
- A ty to kto? - zapytała nieufnie na mnie spoglądając
- Jestem Laira i z chęcią wam pomogę
Czarna wilczyca jeszcze raz spojrzała na mnie nieufnie po czym uśmiechnęła się łagodnie.
- A więc szykujmy sie do walki - rozporządziła najwidoczniej najwyższa rangą wilczyca zaraz po Mrocznym
< Izis dokończysz?>
wtorek, 5 marca 2013
Opowiadanie od Mrocznego
- Mrok… powiedz…
cokolwiek – szepnęła błagalnie Leah siedząc obok mnie. Nie odzywałem się.
Zapadłem się w głębie i nie chciałem z niej wydostać, już nigdy. Zrozpaczony
nie marzyłem o niczym tak bardzo jak o własnej zagładzie. Spuściłem łeb nie
chcąc patrzeć na moja przyjaciółkę.
- Mroooooczny –
przeciągnęła moje imie ruda wilczyca. Czułem na sobie jej przebiegłe
spojrzenie. Mimo tego nadal siedziałem nieporuszony. Wpatrywałem się w jeden
punkt na ciemno-różowym niebie. Białe chmury zataczały się po sklepieniu. W
końcu poirytowana uszczypnęła mnie w ucho, tak jak czyniła to zawsze by mnie
pocieszyć, gdy byliśmy jeszcze dziećmi.
Uśmiechnąłem się blado i
spojrzałem na nią. Jej duże, błękitne oczy iskrzyły emocjami, a futro –
idealnie czyste, połyskiwało w delikatnym świetle wschodzącego słońca.
Wygięła się w łuku i
oddychała szybko, gotowa do zabawy. Jej ogon szybko wędrował – to na prawo, to
na lewo, jakby chciał mnie zachęcić do dalszego życia. Ja niestety nie czułem
się na siłach, by zapomnieć… nie mogłem.
- Powied, powiedz,
powiedz, powiedz POOOOOOOOOOOOWIEDZ! –wykrzyknęła każde słowo inaczej
akcentując, przy czym wymawiając je tak szybko, że gdyby nie „wydłużenie”
ostatniego, niebyłym do końca pewny jak ono brzmiało w rzeczywistości.
- Leah – mruknąłem niepewnie
- No nareszcie! Dziękuję,
że zaszczyciłeś mnie swoją obecnością! – zaśmiała się ironicznie
Rozluźniłem się widząc
jej beztroskość i wesołość. Wbrew mnie w konciku moich ust pojawił się
delikatny uśmiech. Poczułem się przez moment tak lekko… to starczyło, abym się
do niej przyłączył. Skoczyłem na nią. Odepchnęła mnie łapami. Szczypaliśmy,
popychaliśmy się i tarzaliśmy po ziemi nie przestając chichotać jak opętani.
Czułem się jak dziecko… niewinne, wolne i beztroskie. Zadyszany poddałem się.
Leah stała teraz nade mną, trzymając swoje przednie łapy na klatce mojej klatce
piersiowej.
- Wygrałam! – wykrzyknęła
tryumfalnie
Śmiałem się jeszcze przez
chwilę i śmiałbym się długo gdyby nie czyjś głos pełen bólu i zawodu.
- No, no, no… kogo my tu
mamy…?
Le od razu zemnie
zeskoczyła i stanęła dęba patrząc wrogo na nowo przybyłą postać. Ja również
podniosłem się gwałtownie posyłając jej groźne spojrzenie. Czarny wilk omiótł
nas aroganckim spojrzeniem.
- Ty… - syknęła przez
zaciśnięte zęby moja przyjaciółka
- Ach Leah… mogłem się
domyślić, że taka szmata
- NIE NAZYWAJ JEJ TAK! –
ryknąłem. Osłoniłem ją własnym ciałem przed czujnym wzrokiem Scarlatta.
- I że ty jeszcze masz
odwagę się tu pojawiać – zaśmiała się szyderczo moja kompanka
W tej chwili z lasu
wyłoniło się 14 innych wilków, które warcząc i kłapiąc zębami ustawiły się w
szyku za swoim przywódcą.
- Jesteś taki naiwny…
myślisz, że taka grupa może mnie choć rozśmieszyć – wycedziłem
Tym razem to on się
zaśmiał
- Szukałem długo… bardzo
długo i w końcu znalazłem ją
Z szeregu wystąpiła
wysoka wilczyca o kasztanowej sierści. Miała grube, puszyste futro i
kryształowe oczy, z nad których wystawały piękne, głęboko czarne rzęsy.
Puszystym ogonem machała niespokojnie. Omijała mnie wzrokiem, jakby czegoś się
bała. Nie chciała tu być, została zmuszona… lub przekupiona. W jej aurze nie
było nic wyjątkowego, ani niesłychana potęga ani przynajmniej jakaś władza.
Milczałem zażenowany jego
głupotą
- I co w „niej” takiego
wyjątkowego, hę? – zapytała Le
- To, że ma dość wyjątkowy
dar…
- Le – szepnąłem do niej,
zrozumiała od razu. Przed nami wybuchł wielki mór z ognia. Płomienie oplotły
nas, przemieszczając się coraz dalej w kierunku wrogów.
-Teraz… - dodałem i oboje
skoczyliśmy ze skalnej półki prosto do wody. Nie było to przyjemne uczucie, a
zwłaszcza dla wilczycy płynącej obok mnie, która bądź co bądź była zwolenniczką
ognia. Dzielnie jednak brnęła do przodu, w kierunku upragnionego lądu. Mogłem
ich pokonać… bez problemu, ale nie byłbym wstanie zabić Scarlatta… nie potrafiłem…
mimo tego jak bardzo go nienawidziłem, był moim synem…jedynym jaki mi pozostał.
Do morskiej wody spłynęła łza, chlupocząc jak moje serce. W końcu wyskoczyłem z wodnej otchłani i otrzepałem się
energicznie. Na szczycie klifu, z którego zeskoczyliśmy widniały jeszcze
płomienie pozostawione przezmoją przyjaciółkę. Odwróciłem wzrok w kierunku mglistego lasu, który rozpościerał się właśnie obok. Aby okrążyć wodę i wrócić na nasz teren musieliśy przez niego przejść, lub znów płynąć... Wiedziałem którą opcję wybrałaby Leah.
- Idziemy? - mruknęła z niesamowity błyskiem w oku patrząc na płomienie, gaszone przez sojuszników mojego dziecka.
- A mamy inne wyjście? - zapytałem nieco ironicznie
Uśmiechnęła się delikatnie i ruszyła przodem, najwidoczniej zbyt pewna siebie. Mechanicznym krokiem ruszyłem za nią niespokojnie machając ogonem. Nie lubiałem tego miejsca, właśnie TU zginęła Rose. mimo tego przechodziłem tędy niewzruszony moimi wspomnieniami. Niespodziewanie Leah drgnęła i stanęła nieporuszona tym, że zezdziwienia na nią wpadłem. Również znieruchomiałem nasłuchując uważnie. Usłyszałem delikatne szmeranie. Już miałem ostrzec Le, ale było za późno. Moja przyjaciółka już leżała przygnieciona do ziem, a po ułamku sekundy i ja zostałem przewrócony. Łapa przeciwniczki przylgnęła do mojego gardła. Ne wiedziałem co dzieje się z moją towrzyszką, w tej chwili skupiłem się na rysach blond wilczycy wpatrzonej we mnie ozięble.
- Wy...wy chyba nie wiecie z kim zadarłyście! - wykrztusiła Leah wściekle gdzieś po mojej lewej.
Złota wilczyca,miała delikatną twarz i lśniące futro. Pod błękitno-szarymi oczami lśniły dwie plamiki, a grzywa opadała na jej pysk niedbale. W tej chwili napięta i gotowa do ataku, uśmiechała się delikatnie.
Tylnymi łapami kopnąłem ją w brzuch i tym razem ja przycisnąłem ją do gleby. Blokując przy tym łapy. Le korzystając z rozproszenia swojej przeciwniczki wyślizgnęła się z pod niej i celnie kłapiąc zębami wbiła niczym kleszcz w ciało brązowo białej, uskrzydlonej wilczycy, o nad zwyczaj spokojnym wyrazie twarzy. Ta zaczęła się miotać i przeturlała się po ziemi "odczepiając" od siebie moją przyjaciółkę. Zza drzew wyłoniłasiękolejna wilczyca, o wyjątkowej tęczowej aurze i przenikliwym złotym spojrzeniu.
- Dziewczęta spokojnie - powiedziała delikatnym głosem, po czym zmierzyła mnie wzrokiem.
Wypuściłem niebieskooką dziewczynę z pod stalowego uścisku i odwzajemniając jej śmiałe spojrzenie.
- Mroczny - zacząłem spokojnym tonem - a ta urocza wilczyca to Leach...
- Flame... miło mi - odpowiedziała bacznie mi się przyglądając - a to Amnesia i Sky
- Miło mi - mruknęła pod nosem Le
- Nam również - wymamrotała Sky, obdarowując ją surowym spojrzeniem.
- Weszliście na nasz teren - warknęła Amnesia
- Przez przybadek - odpowiedziała agresywnie Lea
Wyglądały jakby miały zaraz skoczyć sobie do gardeł.
- Więc my sobie przejdziemy, aczkolwiek miło was pozać -oznajmiłem dyplomatycznie i uśmiechnąłem się do Flame
- Tak łatwo to... - zaczęła Sky
- ciąg dalszy nastąpi -
środa, 20 lutego 2013
Opowiadanie od Sarumana Czarnego
Pewnej nocy byłem jak zazwyczaj sam (a jeśli nie to tylko to co upolowałem) było nadzwyczaj cicho.
-Nigdy nie słyszłem takiej ciszy?-pomyślałem sobie.
Nagle zaczeło coś szeleścić w krzakach, zobaczyłem czerwone oczy.
Odejdź!-warknęłem.
Nagle wyskoczył wielki tygrys, ryknął
-Jesteś mój głąbie!-
-Zabije cię prędzej niż ty mógłbyś mnie tylko dotknąć.-odpowiedziałem ze śmiechem.
-Wiem dlatego przyniosłem wsparcie!-Krzyknął.
Nagle rozległ się ryk, tygrysy były wszędzie.
-No to po mnie.-pomyślałem
Zaczełem uciekać przez zarośla na szczęście była noc i miałem większą szansę na ucieczkę.
Razem ze mną leciał kruk, zdziwiło mnie to lekko lecz zapytałem
-Czemu za mną lecisz?-
Kruk przedstawił się jako Draco
-Leć za mną!-zawołał.
Tygrysy siedziałeły mi na ogonie, więc rzuciłem się na przywódce, wygrałem walkę ale inne tygrysy były na mnie wściekłe, byłem w strasznej pułapce.
Stałem jak osłupiony bo nie miałem w którą stronę uciec.
Już pożegnałem się ze światem i pogodziłem się z tym że będe uchodzł za najlepszą kolację tygrysów
Jeden już miał na mnie sko.czyć,gdy za mną trzy wilki.
Pokonały reszte tygrysów.
zapytałem-Jak sie zwiecie?-
-Wtaha cierpienia i zagłady-odpowiedział przywódca-Dołącz do nas a nie pożałujesz.-dokończył.
-Dzięki zkorzystam z propozycji-odpowiedziałem
Zrozumiałem że właśnie mam przyjaciół.
Opowiadanie od Perseusza
W głębinach oceanu trwała wojna między Posejdonem i Okeanosem. Tytan Okeanos który władał wodnym królestwem napadł na pałac mego ojca.
Oczywiście zdecydowałem się pomóc ojcu, ale wróg miał przewagę liczebną.
Gdy dojechałem do podwodnej fortecy, zastałem ją całą w greckim ogniu.
Widocznie grecki ogień płonie też pod wodą. ? pomyślałem.
W pałacu spotkałem ojca który stał nad jakąś mapą coś na niej kreśląc. Gdy mnie dostrzegł rzekł do generałów swego wojska aby zostawili nas samych.
Gdy podszedłem zaczął rozmowę:
-Widzisz tamto wzgórze. ? powiedział i wskazał je laską na której osadzona była muszla wielkości piłki.
-Tak. ? odpowiedziałem
-Na niej jest obóz wroga i stamtąd nadpływają najgroźniejsze potwory.
Gdy to rzekł zobaczyłem wielkiego zielonego węża morskiego o dwóch głowach, jedną z przodu drugą ciągnącą się z tyłu wypływającego znad góry.
Ojciec wykrzykną coś po staro grecku do swoich generałów, a ci natychmiast odpłynęli, gdyż większość z nich była syrenami.
-Musisz zakraść się na tamtą górę i zobaczyć jaką liczebność ma wróg. ?rzekł nerwowo, a wtedy szybko odpłynąłem.
Gdy dotarłem do stóp góry usłyszałem wołania.
Gdzieś ten głos słyszałem. ? pomyślałem.
Odwróciłem się szybko i spostrzegłem mojego brata cyklopa którego wcześniej spotkałem w drodze do watahy. Przedstawił się jako Tyson i szybko odbiegł
z wojennym okrzykiem ?masło orzechowe? i kilkoma innymi cyklopami, chyba także moimi braćmi.
Wszedłem na szczyt góry stworzonej z rafy koralowej, a to co za nią dostrzegłem przerosło moje wyobrażenie. Zobaczyłem około tuzina węży morskich armie syren i dużo więcej innych potworów.
I wtedy go zobaczyłem. Stał w wielkim rydwanie zaprzężonym w czerwone hipokampy z kilkoma włóczniami do rzucania.
Zebrał się we mnie taki gniew że ledwo opanowałem się od pobiegnięcia na dół.
Odpłynąłem z powrotem do pałacu ojca i zastałem go siedzącego na tronie stworzonym z rafy koralowej i opowiedziałem mu wszystko razem ze spotkaniem z cyklopami.
Gdy dojechałem do podwodnej fortecy, zastałem ją całą w greckim ogniu.
Widocznie grecki ogień płonie też pod wodą. ? pomyślałem.
W pałacu spotkałem ojca który stał nad jakąś mapą coś na niej kreśląc. Gdy mnie dostrzegł rzekł do generałów swego wojska aby zostawili nas samych.
Gdy podszedłem zaczął rozmowę:
-Widzisz tamto wzgórze. ? powiedział i wskazał je laską na której osadzona była muszla wielkości piłki.
-Tak. ? odpowiedziałem
-Na niej jest obóz wroga i stamtąd nadpływają najgroźniejsze potwory.
Gdy to rzekł zobaczyłem wielkiego zielonego węża morskiego o dwóch głowach, jedną z przodu drugą ciągnącą się z tyłu wypływającego znad góry.
Ojciec wykrzykną coś po staro grecku do swoich generałów, a ci natychmiast odpłynęli, gdyż większość z nich była syrenami.
-Musisz zakraść się na tamtą górę i zobaczyć jaką liczebność ma wróg. ?rzekł nerwowo, a wtedy szybko odpłynąłem.
Gdy dotarłem do stóp góry usłyszałem wołania.
Gdzieś ten głos słyszałem. ? pomyślałem.
Odwróciłem się szybko i spostrzegłem mojego brata cyklopa którego wcześniej spotkałem w drodze do watahy. Przedstawił się jako Tyson i szybko odbiegł
z wojennym okrzykiem ?masło orzechowe? i kilkoma innymi cyklopami, chyba także moimi braćmi.
Wszedłem na szczyt góry stworzonej z rafy koralowej, a to co za nią dostrzegłem przerosło moje wyobrażenie. Zobaczyłem około tuzina węży morskich armie syren i dużo więcej innych potworów.
I wtedy go zobaczyłem. Stał w wielkim rydwanie zaprzężonym w czerwone hipokampy z kilkoma włóczniami do rzucania.
Zebrał się we mnie taki gniew że ledwo opanowałem się od pobiegnięcia na dół.
Odpłynąłem z powrotem do pałacu ojca i zastałem go siedzącego na tronie stworzonym z rafy koralowej i opowiedziałem mu wszystko razem ze spotkaniem z cyklopami.
Nagle z za pałacu wypłynęła armia jeźdźców na hipokampach i rzuciła się na armie tytana. Posejdon kiwną na mnie zachęcającą ręką abym pobiegł z nimi.
Armia tytana dalej miała przewagę liczebną. Nagle zobaczyłem obok siebie mego ojca jadącego na rydwanie naprzędzonym w wielkie delfiny.
Zobaczyłem ponownie Okeanosa tylko tym razem już walczącego pieszo
i rzucającego oszczepami w syreny. Zacząłem na niego płynąć z całych moich sił.
Ale on Mie zauważył i cisną we mnie oszczepem. Wykonałem unik ale rzut był zbyt silny aby mi się nic nie stało. Oszczep drasnął mnie w oko tak że miałem je przecięte z góry na dół i zaczęła płynąć mi z przecięcia krew. Szybko się podniosłem i znowu zacząłem na niego biec tylko że tym razem byłem zbyt blisko aby on zdołał rzucić we mnie swoją włócznią. Dopadłem go i od razu zagłębiłem w jego szyi swoje zęby, a że tytana może zabić tylko bóg współpracujący z herosem to Posejdon cisną w Okeanosa swoim trójzębem. Tytan rozpłyną się w pył, a potwory rozproszyły się i uciekły.
Gdy wróciliśmy do pałacu opatrzyła moje oko nimfa, a następnie powiedziała:
-Prześpij się Percy, dzielnie walczyłeś.
-Muszę się szybko spotkać z ojcem. ? odpowiedziałem.
-Ale najpierw wypocznij, a poza tym ojciec jest na poszukiwaniach reszty potworów z armią syren więc i tak nie możesz się z nim spotkać.
Nagle moją ranę przeszył piekący ból.
Zemdlałem.
Gdy się ocknąłem stał nade mną Tyson. Gdy spostrzegł że się obudziłem rzekł:
-Ojciec prosił abym cię zabrał do watahy.
-A nie mogę się z nim spotkać? ? zapytałem.
-Przekazał mi że nie ma ci nic do powiedzenia i żebym cię wyciągną na brzeg i zaprowadził do watahy.
Zrobił jak rzekł.
Gdy dotarliśmy do watahy była noc, a ja gdy się obejrzałem za siebie nie dostrzegłem mojego brata i udałem się do swojego małego domku zbudowanego z rafy koralowej i morskiej skały. Domek był prezentem od ojca. Gdy położyłem się na moim legowisku od razu zasnąłem.
Armia tytana dalej miała przewagę liczebną. Nagle zobaczyłem obok siebie mego ojca jadącego na rydwanie naprzędzonym w wielkie delfiny.
Zobaczyłem ponownie Okeanosa tylko tym razem już walczącego pieszo
i rzucającego oszczepami w syreny. Zacząłem na niego płynąć z całych moich sił.
Ale on Mie zauważył i cisną we mnie oszczepem. Wykonałem unik ale rzut był zbyt silny aby mi się nic nie stało. Oszczep drasnął mnie w oko tak że miałem je przecięte z góry na dół i zaczęła płynąć mi z przecięcia krew. Szybko się podniosłem i znowu zacząłem na niego biec tylko że tym razem byłem zbyt blisko aby on zdołał rzucić we mnie swoją włócznią. Dopadłem go i od razu zagłębiłem w jego szyi swoje zęby, a że tytana może zabić tylko bóg współpracujący z herosem to Posejdon cisną w Okeanosa swoim trójzębem. Tytan rozpłyną się w pył, a potwory rozproszyły się i uciekły.
Gdy wróciliśmy do pałacu opatrzyła moje oko nimfa, a następnie powiedziała:
-Prześpij się Percy, dzielnie walczyłeś.
-Muszę się szybko spotkać z ojcem. ? odpowiedziałem.
-Ale najpierw wypocznij, a poza tym ojciec jest na poszukiwaniach reszty potworów z armią syren więc i tak nie możesz się z nim spotkać.
Nagle moją ranę przeszył piekący ból.
Zemdlałem.
Gdy się ocknąłem stał nade mną Tyson. Gdy spostrzegł że się obudziłem rzekł:
-Ojciec prosił abym cię zabrał do watahy.
-A nie mogę się z nim spotkać? ? zapytałem.
-Przekazał mi że nie ma ci nic do powiedzenia i żebym cię wyciągną na brzeg i zaprowadził do watahy.
Zrobił jak rzekł.
Gdy dotarliśmy do watahy była noc, a ja gdy się obejrzałem za siebie nie dostrzegłem mojego brata i udałem się do swojego małego domku zbudowanego z rafy koralowej i morskiej skały. Domek był prezentem od ojca. Gdy położyłem się na moim legowisku od razu zasnąłem.
Opowiadanie od Lily
- Aron - westchnęłam cicho zatapiając się w jego spojrzeniu
- Witaj... Lil... poprzenim razem byłaś tak samo wymemlana... co ci się stało? - zapytał z typowym jak dla siebie zaintersowaniem
- Scarlatto... on...
Jego oczy zapłoneły na sekunde żywym ogniem... dosłownie widziałam w nich płomienie, a piaskowa sierść przybrała rudawy odcień. Mimo tego jego wzrok był dość opiekuńczy i spokojny.
- Nic ci nie jest? - zapytał nieco podniesionym głosem
- Wszystko ok...- skłamałam odwracająć wzrok. Żebro jeszcze mnie bolało, a skrzydło, najwidoczniej złamane drgało delikatnie powodując przenikliwe kłucie. Nic nie było ok, lewa tylna łapa, również uszkodzona bolała jeszcze bardziej. Nie patrzyłam na piaskowego wilka, bojąc się, że odkryje moje kłamstwo.
- Ech, niech Ci będzie... - wymamrotał, niepewnie stawiając pierwszą łape na gruncie tuż obok mnie.Jego futro lśiło w blasku słońca, niczym ogień. Wcześiej nie zauważyłam, że cały emanuje płomieniami. Był przepiekny. Iskrzył się jak tysiące diamentów, a moje oczy wypatrywały jakichkolwiek niedoskonałości na jego powierzchni.
Przysunął się do mnie jeszcze bardzie, oddychając równomiernie. Mój oddech był szybki i nierówny, cała się spiełam...
- Lil... co Cie boli? - wymruczał mi do ucha słodkim tonem, upajającym mój słuch
- Ni..ni..ni.nic - bąknęłam niepewnie
Pocałował mój policzek czule wyraźnie mi nie wierząc.
Cała niespokojna pocałowałam go delikatnie, bojąc się odmowy... jednak on odpowiedział mi gwałtownie, całując stanowczo, ale ostrożnie
***
Leżałam wtulona w jego ciało na zboczu klifu. Wpatrzona w wody morza... oddałam się tej magicznej chwili.
- ciąg dalszy nastąpi -
Opowiadanie od Sharona
Flame. Kocham ją.
Flame. Prawie bym ją zabił.
Flame. Dociągnęła mnie aż do szpitala..."
Wiem, że to dziwne, ale ja wszystko widziałem, po mojej śmierci.
"Ja... morderca.
Ja... potwór.
Ja... Nie mam szans"
Kolejna fala cierpienia.
"Wszystko zepsuć...
Te jej oczy... Ten kolor...
Zginąłem.
Marnie.
Zaprzepaściłem szansę.
Nienawidzę się."
Flame siedziała obok mojego ciała. Płakała.
Zależy jej na mnie...
"Nie zasługuję na to, by zyskać drugą szansę na życie"
***
'Oczami Flame'
- Jak mam się do Ciebie zwracać... Alfo? Mroczny? Panie?
- Wszystko mi jedno - mruknął wciąż patrząc na swojego syna.
- Mroczny? - spytałam
- Czego chcesz?! - syknął przez zaciśniętą szczękę
- Spokojnie. Proszę... - szepnęłam.
- Nie mam ochoty na rozmowę. Z NIKIM!
- Czy da się ich uzdrowić? - powiedziałam, jakbym nie słyszała uprzedzenia.
- Może...
Zamilkłam. Zamyśliłam się na chwilę i wpatrzyłam w białą postać pochyloną nad nieboszczykiem.
"Taki podobny do mnie... A tak na prawdę inny."
***
Pobiegłam na targ.
Partząc w tego smutnego Alfę stada, tak zatroskanego i ponurego, olśniło mnie.
Może mają tu Muśnięcie Hadesa?
Biegałam między straganami myśląc: "Nie... Nie tu... Nie.... Też nie... Gdzie?! Nie tędy! Nareszcie. Muśnięcie Hadesa."
- Sprzedajesz Muśnięcie Hadesa? - spytałam wyglądającego na bardzo bogatego wilka.
- Dla ciebie PAN. - syknął.
- Tak, tak, mam coś ważniejszego od kłócenia się z Tobą jak mam do Ciebie mówić. To sprzedajesz to Muśnięcie? - spytałam pośpiesznie.
- DLA CIEBIE PAN! - powtórzył
- To ma PAN czy nie?! - wrzasnęłam.
- No dobra, mam. 10 rubinów - powiedział sucho
- Tak drogo?! Dobra, trudno, dawaj! - krzyknęłam.
- Ej, a co to za znaczek na twoim boku?! - otworzył oczy ze zdumienia. - Jesteś boginką Eteru...
"Uuuuuuu, znowu robimy kogoś w balona..." - pomyślałam.
- Dam ci to za darmo, jak spełnisz moje marzenie.
- Nooooo?
- Wyczaruj mi nieskończoność rubinów!!! - krzyknął.
- Masz 10 rubinów i się odwal - syknęłam.
Zabrałam proszek i pobiegłam w stronę szpitala.
- Dajcie mi szklankę ciepłej wody! - wrzasnęłam.
- Trzymaj - szepnęła Izis.
- Dzięki - uśmiechnęłam się do niej.
Dosypałam proch do wody. Wbiegłam do sali, w której leżał Sharon.
- No dalej! - szepnęłam.
Otworzył oczy. Żył. Oprzytomniał... Udało się.
Opowiadanie od Mrocznego
Opowiadanie od Mrocznego
Zataczając się leniwie łaziłem bez sensu w koło. Ray siedział i gapił się na mnie wzokiem, zbyt dojrzałym jak na 7-miesięcznego szczeniaka. Nie rozumiał mojego zachowania, zresztą tak jak ja. Po rozmowie z Heliestrią w mojej głowie wciąż huczało jedno zdanie : „ Jesteś bogiem, nie licz na stałość w uczuciach…”. Wiedziałem co to oznacza i właśnie za to się nienawidziłem.
Rose… Heliestria… Sayona… Hariett… SHIDE… a nawet w pewnym sensie Leah… ( JAK JA MOGĘ JE WSZYSTKIE KOCHAĆ?! I TO NA RAZ!!!!)
- Tak, tak jesteś beznadziejny tato… a teraz chodźmy na to polowanie – wymamrotał błagalnie, słysząc moje myśli
- Pójdziemy kiedy indziej – jęknąłem zrezygnowany
- TATO! Nie bądź ciota! P-R-O-S-Z-Ę! – wybałuszył na mnie oczy
Spojrzałem na niego zażenowany
- A niech Ci będzie
Powolnie poruszając się do przodu ruszyłem za radosnym synem. Ray podskakiwał wesolutko, coraz bardziej przyspieszając. Byliśmy już coraz bliżej polany, na której często urzędowały jelenie i sarny. Gdy byliśmy prawie na miejscu włączył się ON… instynkt łowiecki. Mechanicznie przyległem do gruntu i zacząłem się czołgać. Mój syn spojrzał na mnie i gwałtownie powtórzył ten gest. Nasłuchiwałem uważnie, w moich oczach lśniła rządza… widziałem ich drgające ciała i czujne, silne szyje, delikatna tętnica pulsowała pod grubą skórą. Skupiłem całą siłę w łapach, bacznie obserwując swoją niedoszłą ofiarę – wielkiego samca o lśniących porożach.
- Skaczemy na… jeden… dwa… trzy… - wysłałem mu za pomocą leglimencji
Dosłownie w tym samym czasie wybiliśmy się w powietrze, potem wszystko działo się bardzo szybko. Gdy tylko pojawiliśmy się na otwartej przestrzeni rozległ się dźwięk wystrzału. Kula ( jak to miała w zwyczaju) przeleciała przez moje ciało i zatopiła się w klatce Ray’a. Słyszałem jego pisk, skomlenie i jęki bólu. Rozdarłem się wściekłością, furią, było coraz gorzej. Chroniłem go własnym ciałem warcząc na zdziwionego kłusownika. Zadawałem mu cierpienie atakując taką dawką bólu, że zginął w męczarniach. Wokół nas biegały spanikowane stworzenia. Kłapałem zębami mordując wszystkie po kolei, mój umierający syn patrzył na mnie zafascynowany. Rządza mordu panowała nade mną zmuszając do błyskawicznego opuszczenia polany. Tym razem tak szybko, że nawet moje boskie oczy nie rejestrowały tego co działo się do okoła. Po dosłownie paru sekundach dotarłem do obozowiska myśliwych, z którego wyruszył morderca mojego synka. Nie oszczędziłem nikogo. Wróciłem do niego cały umazany krwią niewinnych ludzi… tylko ludzi, jego oczy były przymglone, ale nadal oddychał.
Podniosłem go i pobiegłem do watahy.
- Leah! Leć do zielarni po wszelkie zioła uzdrawiające!
- Tato… - szeptał Ray, z moich oczu ciekły łzy
- Izis! Zanieś go do skrzydła szpitalnego
Wszyscy po kolei wykonywali moje polecenia...
Zataczając się leniwie łaziłem bez sensu w koło. Ray siedział i gapił się na mnie wzokiem, zbyt dojrzałym jak na 7-miesięcznego szczeniaka. Nie rozumiał mojego zachowania, zresztą tak jak ja. Po rozmowie z Heliestrią w mojej głowie wciąż huczało jedno zdanie : „ Jesteś bogiem, nie licz na stałość w uczuciach…”. Wiedziałem co to oznacza i właśnie za to się nienawidziłem.
Rose… Heliestria… Sayona… Hariett… SHIDE… a nawet w pewnym sensie Leah… ( JAK JA MOGĘ JE WSZYSTKIE KOCHAĆ?! I TO NA RAZ!!!!)
- Tak, tak jesteś beznadziejny tato… a teraz chodźmy na to polowanie – wymamrotał błagalnie, słysząc moje myśli
- Pójdziemy kiedy indziej – jęknąłem zrezygnowany
- TATO! Nie bądź ciota! P-R-O-S-Z-Ę! – wybałuszył na mnie oczy
Spojrzałem na niego zażenowany
- A niech Ci będzie
Powolnie poruszając się do przodu ruszyłem za radosnym synem. Ray podskakiwał wesolutko, coraz bardziej przyspieszając. Byliśmy już coraz bliżej polany, na której często urzędowały jelenie i sarny. Gdy byliśmy prawie na miejscu włączył się ON… instynkt łowiecki. Mechanicznie przyległem do gruntu i zacząłem się czołgać. Mój syn spojrzał na mnie i gwałtownie powtórzył ten gest. Nasłuchiwałem uważnie, w moich oczach lśniła rządza… widziałem ich drgające ciała i czujne, silne szyje, delikatna tętnica pulsowała pod grubą skórą. Skupiłem całą siłę w łapach, bacznie obserwując swoją niedoszłą ofiarę – wielkiego samca o lśniących porożach.
- Skaczemy na… jeden… dwa… trzy… - wysłałem mu za pomocą leglimencji
Dosłownie w tym samym czasie wybiliśmy się w powietrze, potem wszystko działo się bardzo szybko. Gdy tylko pojawiliśmy się na otwartej przestrzeni rozległ się dźwięk wystrzału. Kula ( jak to miała w zwyczaju) przeleciała przez moje ciało i zatopiła się w klatce Ray’a. Słyszałem jego pisk, skomlenie i jęki bólu. Rozdarłem się wściekłością, furią, było coraz gorzej. Chroniłem go własnym ciałem warcząc na zdziwionego kłusownika. Zadawałem mu cierpienie atakując taką dawką bólu, że zginął w męczarniach. Wokół nas biegały spanikowane stworzenia. Kłapałem zębami mordując wszystkie po kolei, mój umierający syn patrzył na mnie zafascynowany. Rządza mordu panowała nade mną zmuszając do błyskawicznego opuszczenia polany. Tym razem tak szybko, że nawet moje boskie oczy nie rejestrowały tego co działo się do okoła. Po dosłownie paru sekundach dotarłem do obozowiska myśliwych, z którego wyruszył morderca mojego synka. Nie oszczędziłem nikogo. Wróciłem do niego cały umazany krwią niewinnych ludzi… tylko ludzi, jego oczy były przymglone, ale nadal oddychał.
Podniosłem go i pobiegłem do watahy.
- Leah! Leć do zielarni po wszelkie zioła uzdrawiające!
- Tato… - szeptał Ray, z moich oczu ciekły łzy
- Izis! Zanieś go do skrzydła szpitalnego
Wszyscy po kolei wykonywali moje polecenia...
**********
- Mroczny... zostaw go on nie żyje...
- Nie - wykrztusiłem przez łzy
- Przykro mi.....
Opowiadanie od Flame
Oczy wilka płonęły wściekłością. Chciał wymierzyć ostateczny cios...
- Nie zabijaj mnie, proszę... - powiedziałam cicho i przymrużyłam powieki.
Na te słowa otworzył szeroko oczy. Przyjrzał mi się chwilę. Otworzył usta, jakby chciał wypowiedzieć kilka słów, ale one utknęły w gardle i odwrócił się. Spojrzał się na mnie jeszcze raz wzrokiem błagającym o wybaczenie i odszedł powoli ze spuszczoną głową.
Zdziwiło mnie jego zachowanie. Zainterweniowałam.
- Poczekaj... - szepnęłam.
Czerwono - biały wilk zatrzymał się. Usiadł.
- Przepraszam... - rzeknął po czym szepnął sam do siebie - Jestem mordercą.
- Nie, nie jesteś. - powiedziałam i zastanowiłam się, czy na pewno powinnam to powiedzieć.
- Jestem! - warknął. Spojrzał na mnie, a ja na niego. Miał piękne, inteligentne, złote oczy, w których płonął ogień, złagodniał.
- Broniłeś granicy stada, nie zrobiłeś źle - starałam uśmiechnąć się tak, by zrozumiał, że nie musi przepraszać.
Zapadła głucha cisza. Nieznajomy nie odzywał się.
Usiadłam, po czym z pozycji siedzącej położyłam się i zaczęłam skubać kwiatki.
- Jestem Sharon - ciszę przerwał wilk. Podniosłam wzrok.
- Ja Flame - odpowiedziałam.
- Nie boli? - spytał, mniej ponury niż przedtem.
- Nie, nie... dzięki - skłamałam. Nie chciałam urazić jego smutnej duszy. Mimo moich słów podszedł do mnie i dotknął mojego boku. Syknęłam z bólu - chociaż nie chciałam - to przyszło samo, odruchowo.
- Masz złamane zebro - jego oczy zrobiły się czarne i znów pogrążył się w otchłani rozpaczy. - Potwór - powiedział znów, jakby głośno myślał.
- Och, to... to nic. - starałam się go pocieszyć za wszelką cenę. był taki uroczy... A jego oczy takie smutne.
Podniósł głowę. Spojrzał się na mnie. Ogień w jego oczach się wzniecił.
- Możesz iść? - spytał.
- Pewnie, przecież nic mi nie jest - odpowiedziałam
- Chodź. - szepnął.
Pobiegłam za nim. Gdzie mnie prowadził? Nie wiem. Nie znałam go. Nie ufałam mu do końca, ale mimo to szłam za nim. Może był wrogiem? Nie... Niemożliwe. Poczułam w sobie takie dziwne uczucie... Nie potrafiłam go nazwać. Co ono oznaczało?
Nogi mnie rozbolały, więc spróbowałam użyć skrzydeł. Nie da rady... Jedno złamane.
- Słuchaj, tam jest niebezpiecznie. Przeleć nad, bo widzę, że masz skrzydła. Dasz radę? - spytał.
"Na moje nieszczęście..." - pomyślałam.
- Pewnie - rzekłam.
Spróbowałam wzlecieć do góry. Nie, nie mogę! Skrzydła nie dadzą rady.
Sharon pobiegł. Jakieś dziwne, ciemne stworzenia podleciały do niego. Walczył z nimi.
"Nie... Tylko nie to..."
Jedno ze stworzeń nagle wniknęło w Sharona. Ten jęknął, jego oczy straciły swój blask - stały się jasnoszare, matowe - osunął się powoli na ziemię i znieruchomiał... Jak kamień.
W oku zakręciła mi się łza. Nie... Błagam...
Nagle stałam się wściekła. Sierść biała, a włosy - czarne. Moja wcześniej misternie ułożona fryzura stała się rozczochrana. Me oczy błysnęły krwią.
Przestałam czuć ból w boku - to inny ból rozrywał moje ciało. Cierpiałam, przez to, że nie pomogłam Sharonowi... to przeze mnie zginął...
Rzuciłam się na istoty. Warknęłam groźnie. Po chwili już ich tam nie było.
Moje ciało znów wróciło do dawnej postaci - małe, bladożółte i jasnoróżowe włosy. Podeszłam do nieboszczyka. Zaczęłam go ciągnąć. Nawet nie miałam pojęcia, czy dobrze idę. Posuwałam się tam, gdzie kazał mi instynkt. Ciągnęłam go, mimo narastającego bólu w boku i braku siły. Szłam i szłam, gdzie nogi poniosą...
W końcu zastopowałam. Nie potrafiłam dalej. Usiadłam przy Sharonie i zaczęłam płakać. Łzy kapały na jego martwe ciało. Moje życie straciło sens...
Wtem usłyszałam głosy - inne wilki. Z krzaków wyglądały dwa złote ślepia.
- Nie chcę być wrogiem... Potrzebuję pomocy.
Postać wyszła. Była to czarna wilczyca.
- Mam na imię Izis. - powiedziała.
- Ja jestem Flame. Pomóż, proszę... - szepnęłam. - mogę oddać swoje życie, byleby tylko on je z powrotem zyskał. Błagam...
Pomogła mi go ciągnąć. Wciągnęłyśmy go do szpitala.
- Zrobimy co w naszej mocy. On jest z naszego stada - oznajmiła.
- Uzdrówcie go... Proszę.
***
Siedziałam obok Sharona. Lecz spostrzegłam wilka o białej sierści, inteligentnych, złotych, lecz smutnych oczach. Był taki podobny do mnie. Wpatrzony w ciało, lecz innego wilka, małego... Pewnie jego syna.
- Wiem, co pan czuje... - powiedziałam do niego. - Przykro mi...
- Nic nie wiesz... - spytał nadal nie podnosząc wzroku od martwego ciała, jego ton był pełen żalu
- Jestem Flame. - odparłam. - wiem... jaką pan czuje stratę
- Jestem Mroczny - odpowiedział - NIC NIE WIESZ - rykną, poczułam w tedy moc od niego bijącą, yła tak silna, że przytłaczała moje drobne ciało
- Czuję, że jeden wilk z tej watahy stał się moją rodziną - powiedziałam - a skoro on jest moją rodziną, to i cała wataha, więc prosze nie złość się tak...
- Rozumiem - szepnął. - Witaj w rodzinie.
- Nie zabijaj mnie, proszę... - powiedziałam cicho i przymrużyłam powieki.
Na te słowa otworzył szeroko oczy. Przyjrzał mi się chwilę. Otworzył usta, jakby chciał wypowiedzieć kilka słów, ale one utknęły w gardle i odwrócił się. Spojrzał się na mnie jeszcze raz wzrokiem błagającym o wybaczenie i odszedł powoli ze spuszczoną głową.
Zdziwiło mnie jego zachowanie. Zainterweniowałam.
- Poczekaj... - szepnęłam.
Czerwono - biały wilk zatrzymał się. Usiadł.
- Przepraszam... - rzeknął po czym szepnął sam do siebie - Jestem mordercą.
- Nie, nie jesteś. - powiedziałam i zastanowiłam się, czy na pewno powinnam to powiedzieć.
- Jestem! - warknął. Spojrzał na mnie, a ja na niego. Miał piękne, inteligentne, złote oczy, w których płonął ogień, złagodniał.
- Broniłeś granicy stada, nie zrobiłeś źle - starałam uśmiechnąć się tak, by zrozumiał, że nie musi przepraszać.
Zapadła głucha cisza. Nieznajomy nie odzywał się.
Usiadłam, po czym z pozycji siedzącej położyłam się i zaczęłam skubać kwiatki.
- Jestem Sharon - ciszę przerwał wilk. Podniosłam wzrok.
- Ja Flame - odpowiedziałam.
- Nie boli? - spytał, mniej ponury niż przedtem.
- Nie, nie... dzięki - skłamałam. Nie chciałam urazić jego smutnej duszy. Mimo moich słów podszedł do mnie i dotknął mojego boku. Syknęłam z bólu - chociaż nie chciałam - to przyszło samo, odruchowo.
- Masz złamane zebro - jego oczy zrobiły się czarne i znów pogrążył się w otchłani rozpaczy. - Potwór - powiedział znów, jakby głośno myślał.
- Och, to... to nic. - starałam się go pocieszyć za wszelką cenę. był taki uroczy... A jego oczy takie smutne.
Podniósł głowę. Spojrzał się na mnie. Ogień w jego oczach się wzniecił.
- Możesz iść? - spytał.
- Pewnie, przecież nic mi nie jest - odpowiedziałam
- Chodź. - szepnął.
Pobiegłam za nim. Gdzie mnie prowadził? Nie wiem. Nie znałam go. Nie ufałam mu do końca, ale mimo to szłam za nim. Może był wrogiem? Nie... Niemożliwe. Poczułam w sobie takie dziwne uczucie... Nie potrafiłam go nazwać. Co ono oznaczało?
Nogi mnie rozbolały, więc spróbowałam użyć skrzydeł. Nie da rady... Jedno złamane.
- Słuchaj, tam jest niebezpiecznie. Przeleć nad, bo widzę, że masz skrzydła. Dasz radę? - spytał.
"Na moje nieszczęście..." - pomyślałam.
- Pewnie - rzekłam.
Spróbowałam wzlecieć do góry. Nie, nie mogę! Skrzydła nie dadzą rady.
Sharon pobiegł. Jakieś dziwne, ciemne stworzenia podleciały do niego. Walczył z nimi.
"Nie... Tylko nie to..."
Jedno ze stworzeń nagle wniknęło w Sharona. Ten jęknął, jego oczy straciły swój blask - stały się jasnoszare, matowe - osunął się powoli na ziemię i znieruchomiał... Jak kamień.
W oku zakręciła mi się łza. Nie... Błagam...
Nagle stałam się wściekła. Sierść biała, a włosy - czarne. Moja wcześniej misternie ułożona fryzura stała się rozczochrana. Me oczy błysnęły krwią.
Przestałam czuć ból w boku - to inny ból rozrywał moje ciało. Cierpiałam, przez to, że nie pomogłam Sharonowi... to przeze mnie zginął...
Rzuciłam się na istoty. Warknęłam groźnie. Po chwili już ich tam nie było.
Moje ciało znów wróciło do dawnej postaci - małe, bladożółte i jasnoróżowe włosy. Podeszłam do nieboszczyka. Zaczęłam go ciągnąć. Nawet nie miałam pojęcia, czy dobrze idę. Posuwałam się tam, gdzie kazał mi instynkt. Ciągnęłam go, mimo narastającego bólu w boku i braku siły. Szłam i szłam, gdzie nogi poniosą...
W końcu zastopowałam. Nie potrafiłam dalej. Usiadłam przy Sharonie i zaczęłam płakać. Łzy kapały na jego martwe ciało. Moje życie straciło sens...
Wtem usłyszałam głosy - inne wilki. Z krzaków wyglądały dwa złote ślepia.
- Nie chcę być wrogiem... Potrzebuję pomocy.
Postać wyszła. Była to czarna wilczyca.
- Mam na imię Izis. - powiedziała.
- Ja jestem Flame. Pomóż, proszę... - szepnęłam. - mogę oddać swoje życie, byleby tylko on je z powrotem zyskał. Błagam...
Pomogła mi go ciągnąć. Wciągnęłyśmy go do szpitala.
- Zrobimy co w naszej mocy. On jest z naszego stada - oznajmiła.
- Uzdrówcie go... Proszę.
***
Siedziałam obok Sharona. Lecz spostrzegłam wilka o białej sierści, inteligentnych, złotych, lecz smutnych oczach. Był taki podobny do mnie. Wpatrzony w ciało, lecz innego wilka, małego... Pewnie jego syna.
- Wiem, co pan czuje... - powiedziałam do niego. - Przykro mi...
- Nic nie wiesz... - spytał nadal nie podnosząc wzroku od martwego ciała, jego ton był pełen żalu
- Jestem Flame. - odparłam. - wiem... jaką pan czuje stratę
- Jestem Mroczny - odpowiedział - NIC NIE WIESZ - rykną, poczułam w tedy moc od niego bijącą, yła tak silna, że przytłaczała moje drobne ciało
- Czuję, że jeden wilk z tej watahy stał się moją rodziną - powiedziałam - a skoro on jest moją rodziną, to i cała wataha, więc prosze nie złość się tak...
- Rozumiem - szepnął. - Witaj w rodzinie.
Opowiadanie od Flame
Była ciemna noc. Wydaje mi się, że północ.
"Może wreszcie znajdę dom?" - pomyślałam. - "Poczuję, co to znaczy... kochać?"
"Kochać"? Co to za pojęcie! Nie wiem, nigdy nie... "kochałam"...
Moja mama, gdy jeszcze żyła, była piękna, lecz ciężko chora. Prawdopodobnie zatruła się hogesem. Gdy miała mnie urodzić, poroniła. Mój tata sprowadził boginkę Eteru, by spełniła życzenie. Mama poprosiła o życie dla mnie, dlatego boginka o imieniu takim jak ja – Flame, oddała mi pół swojego serca. Dzięki niej żyję. Mama umarła tego samego dnia, co ja zyskałam szansę. A tata nadał mi imię Flame – po bogince Eteru, która oddała mi swoje serce. Gdy tylko nauczyłam się chodzić i mówić podstawowe słowa: tata, jeść, pić, spać itd., tata mnie opuścił – zostawił na pastwę losu. Od tej pory radziłam sobie sama. Nigdy nie zaznałam uczucia miłości… Nigdy nie kochałam, nie wielbiłam, nie ufałam… Nie miałam zielonego pojęcia, co to znaczy KOCHAĆ. Co? Jak?
Posuwałam się bezszelestnie przez las. Poiło się tam od innych „niezadowolonych klientów”. Dzięki bogince Eteru o moim imieniu nie tylko żyję, ale stałam się w części jej potomkiem. Ale to po rodzicach odziedziczyłam waleczność i zdolność w walce, czego boginki Eteru nie posiadają. Lecz mam moc spełniania życzeń, bo jestem częścią boginki Flame, a właściwie, to mam w sobie jej część. Dlatego klienci byli „niezadowoleni”. Ze względu na to, że jestem tylko jej częścią, to miałam tę moc, ale nie do końca. Czasem magia zawodziła. I to był główny powód. A innym powodem było to, że magia spełniania marzeń kosztuje sporo wysiłku, a czasem… Mi się nie chce, a że jestem sprytna, to robię ich w balona (jak to na boginkę Eteru przystało). Kasę biorę, a co do życzenia to niekoniecznie.
Gdy słońce wschodziło, zatrzymałam się, by chwilę poobserwować ten piękny widok.
Nagle coś się na mnie zwaliło. Poczułam przenikliwy ból. Obejrzałam się prawie nieprzytomna. To był wilk… Wilk z Watahy Cierpienia i Zagłady.
Opowiadanie od Flame
- Zostaw mnie ty szkarado! - wykrzyknęłam partząc w złote ślepia centaura.
- Dałem ci kubeł złota, gdzie moje życzenie?! - wrzasnął z furią w oczach.
"Kolejny niezadowolony klient" - pomyślałam uśmiechając się arogancko.
Zarżał wściekle i rzucił się na mnie. Jednym zwinnym ruchem uniknęłam mojej klęski.
- No dobra dobra, już spełniam to życzenie! Tylko daj mi chwilę.
Udałam, że skupiam się na czarowaniu.
"Raz...
Dwa...
Trzy..."
I już mnie nie było.
- Pomoooocyyyyyyyy! - krzyknęłam ile sił w moich płucach zmieniając głos na słodki i uwodzący.
Usłyszałam przenikliwe wycie. Ktoś tam był...
Centaur uderzył mnie kopytem w głowę. Obraz mi się rozmazał.
Nagle z krzaków wyskoczyło coś czerwonego. Śmignęło mi przed oczami, niczym błyskawica.
- Zwiewaj, bo jak nie, to pożałujesz! - krzyknęło "coś czerwonego".
- Nic mi nie zrobisz, piesku. - odparł.
- Przekonamy się.
Centaura za chwilę nie było. Obraz wrócił do normy. "Coś czerwonego" okazało się wilkiem.
- Nic ci nie jest? - spytała.
- Głowa mnie boli, ale na szczęście wszystko ok... Jak się tu znalazłaś?
- Podróżuję.
- Skąd?
- Nieważne... Muszę iść - zmieszała się.
- Powiedz! - krzyknęłam, już nie tak słodkim głosikiem.
- Z watahy cierpienia i zagłady - szepnęła i odbiegła.
" Muszę biec" - pomyślałam i popędziłam przed siebie.
Opowiadanie od Shide- odchodzę
Z zachodu wiał chłodny, październikowy wiatr. W mroźnym powietrzu unosił się przenikliwy niepokój przyprawiający o gęsią skórkę. Rozejrzałam się dookoła: nie było słychać żadnego dźwięku, wszyscy jeszcze spali.Oprócz Mrocznego - pomyślałam patrząc na rubinowy kwiat migający niespokojnie. Zacisnęłam mocniej paski od swojej torby. Spojrzałam jeszcze raz w stronę watahy a w oku zakręciła mi się łza. Zacisnęłam mocno powieki, powstrzymując się od płaczu. Odwróciłam głowę i zaczęłam iść w stronę Granicy. Nie miałam pojęcia co teraz zrobię. Pewnie pójdę na północ, może poszukam Tobiasa. Ale na pewno nie mogłam zostać tutaj. Doszłam na szczyt dużego pagórka i stanęłam. Ostatnie spojrzenie na watahę. ,,Nigdy ich nie zapomnę" , myślałam, ,,Nigdy". Wiatr zawiał jeszcze raz, tym razem mocniej, jakby ponaglając mnie do odejścia. Więc go posłuchałam. Odeszłam.
Shide
Shide
Opowiadanie od Mrocznego
Wiedziałem, że odchodzi, czułem to całym sobą. Rozrywany na milion kawałków stałem patrząc tempo na północ. Nie wiedziałem, dlaczego, nie rozumiałem skąd to się brało, po prostu byłem beznadziejny. Wszystko się sypało, zalewając mnie falą rozpaczy i osamotnienia. Popadałem w nicości opadając w głąb ogrodów żalu. Zamknąłem się w sobie, nadal patrząc, jakby licząc, że zawróci. Niestety było za późno, ciepło w moim sercu, zgasło o jeden płomień. Płomień należący do Shide, już nie była w watasze.” Zostaw ją i tak nie należy do Ciebie” – mruknął mój zdrowy rozsądne, jednak cos szarego i bladego, przyciśniętego przez moją dumę… egoizm wrzeszczał na mnie z głową zadartą do góry. W moich łapach zbierała się siła, a te naprężały się i szykowały do pogoni. Mimo bólu nadal stałem. W moim oku zakręciła się szklana łza, spływając powoli i opadając gwałtownie o ziemię. W miejsc jej upadku wyrósł kwiat o rubinowych płatach, oplatany przez szklaną powłokę smutku. Owijając piękny kwiat swymi ramionami szepczał cicho jedno imię „ Shide”. Obijało się ono o moje cierpiące uszy. Krew pulsowała we mnie gwałtownie, uderzając i miażdżąc komórki. Nadal stałem. Jak kompletny głupek patrzyłem w agonii, licząc cała duszą na to, że chociaż na mnie spojrzy. Nic takiego się nie działo a ja traciłem nadzieję, topiąc się jeszcze bardziej. Wciągnąłem łapczywie powietrze, zamykając oczy i upajając się zapachem magicznego kwiatu. Pochwyciłem go w kły i po paru susach stałem obok niej. Wcisnąłem kwiat do jej torby, patrząc w jej głębokie, zielone oczy. Dziś tak smutne
- Nie proś bym wróciła… - szepnęła
- Nie mam zamiaru prosić o to… - zamilkłem, upajając się jej spojrzeniem - … proszę… obiecaj, że o mnie nie zapomnisz – szepnąłem błagalnym tonem
- Nie… zapomnę… obiecuję
Nie widziałem jej, gdy odchodziła, bo łzy zasłoniły moje oczy. Wiedziałem za to, że jej już nie ma. Stałem nadal, nieruchomy, niczym granitowy głaz, i tak właśnie się czułem. Jak marna, szara skała. Nie miałem zielonego pojęcia o której godzinie, wiedziałem z kolei, że zaczął padać rzęsisty deszcz. Jego chłód bił mnie od wewnątrz. Wtedy otworzyłem oczy.
Stałem w ogrodzie jesiennym, jako jedyny, mając zaszczyt, kiedykolwiek spotykać w nim moją panią. Stała w promieniach słońca, oplatających jej zgrabną figurę. Światło od niej bijące, raziło w oczy nawet innego boga. Złociste włosy powiewały lekko, mimo braku wiatru, a oczy tak samo złote jak moje przyglądały mi się bacznie. Ja również nie byłem już wilkiem. Stałem przed nią w całej swojej krasie. Aroganckiego, długowłosego młodzieńca, o nieziemskiej urodzie. Uśmiechnąłem się. Odpowiedziała mi tym samym, ale innym… mój uśmiech był martwy, pełen cierpienia.
- Miałeś kiedyś psa? – zapytała mnie Heliestria widząc moje łzy, nadal bacznie na mnie patrząc i uśmiechając się lekko
- Miałeś kiedyś psa? – zapytała mnie Heliestria widząc moje łzy, nadal bacznie na mnie patrząc i uśmiechając się lekko
- Przez większość życia byłem wilkiem… raczej nie…- wybąkałem
- Pies, to najbardziej wierne stworzenie, a i tak nie może równać się z Shide
Płakałem rozrywany od środka, na malutkie kawały nicości
- To czemu mnie zostawiła? – syknąłem przez zaciśnięte zęby
- Bo kochała, ale nie potrafiła zrozumieć
- Dla mnie zawsze była najlepsza – zakończyłem zapadając się w otchłań cierpienia i zagłady
- A ty dla niej…
- Tak łatwo mi kochać – szepnąłem
- Jesteś bogiem, nie licz na wierność w uczuciach
- Nie… jestem beznadziejny! – warknąłem
Narastała we mnie złość, nie, nie i jeszcze raz nie! Wszystko we mnie strzelało błyskawicami, otumaniało mnie i rzucało mną po okolicy. Gdy znów otworzyłem ślepia byłem w lesie.
- Shide! Kocham Cię! – krzyknąłem ile sił w płucach
- Śmierdzielu...? - usłyszałem płomienny głos mojej przyjaciółki
- Leah?
Ona ucałowała mnie tylko w czoło, patrząc na mnie wymownie.
Wszystko wokół nas płonęło…
- Wiem, wiem… już idę spać – zaśmiałem się i razem z nią odszedłem w kierunku jaskiń.
--- ciąg dalszy nastąpi ---
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)