Opowiadanie od Mrocznego
Zataczając się leniwie łaziłem bez sensu w koło. Ray siedział i gapił się na mnie wzokiem, zbyt dojrzałym jak na 7-miesięcznego szczeniaka. Nie rozumiał mojego zachowania, zresztą tak jak ja. Po rozmowie z Heliestrią w mojej głowie wciąż huczało jedno zdanie : „ Jesteś bogiem, nie licz na stałość w uczuciach…”. Wiedziałem co to oznacza i właśnie za to się nienawidziłem.
Rose… Heliestria… Sayona… Hariett… SHIDE… a nawet w pewnym sensie Leah… ( JAK JA MOGĘ JE WSZYSTKIE KOCHAĆ?! I TO NA RAZ!!!!)
- Tak, tak jesteś beznadziejny tato… a teraz chodźmy na to polowanie – wymamrotał błagalnie, słysząc moje myśli
- Pójdziemy kiedy indziej – jęknąłem zrezygnowany
- TATO! Nie bądź ciota! P-R-O-S-Z-Ę! – wybałuszył na mnie oczy
Spojrzałem na niego zażenowany
- A niech Ci będzie
Powolnie poruszając się do przodu ruszyłem za radosnym synem. Ray podskakiwał wesolutko, coraz bardziej przyspieszając. Byliśmy już coraz bliżej polany, na której często urzędowały jelenie i sarny. Gdy byliśmy prawie na miejscu włączył się ON… instynkt łowiecki. Mechanicznie przyległem do gruntu i zacząłem się czołgać. Mój syn spojrzał na mnie i gwałtownie powtórzył ten gest. Nasłuchiwałem uważnie, w moich oczach lśniła rządza… widziałem ich drgające ciała i czujne, silne szyje, delikatna tętnica pulsowała pod grubą skórą. Skupiłem całą siłę w łapach, bacznie obserwując swoją niedoszłą ofiarę – wielkiego samca o lśniących porożach.
- Skaczemy na… jeden… dwa… trzy… - wysłałem mu za pomocą leglimencji
Dosłownie w tym samym czasie wybiliśmy się w powietrze, potem wszystko działo się bardzo szybko. Gdy tylko pojawiliśmy się na otwartej przestrzeni rozległ się dźwięk wystrzału. Kula ( jak to miała w zwyczaju) przeleciała przez moje ciało i zatopiła się w klatce Ray’a. Słyszałem jego pisk, skomlenie i jęki bólu. Rozdarłem się wściekłością, furią, było coraz gorzej. Chroniłem go własnym ciałem warcząc na zdziwionego kłusownika. Zadawałem mu cierpienie atakując taką dawką bólu, że zginął w męczarniach. Wokół nas biegały spanikowane stworzenia. Kłapałem zębami mordując wszystkie po kolei, mój umierający syn patrzył na mnie zafascynowany. Rządza mordu panowała nade mną zmuszając do błyskawicznego opuszczenia polany. Tym razem tak szybko, że nawet moje boskie oczy nie rejestrowały tego co działo się do okoła. Po dosłownie paru sekundach dotarłem do obozowiska myśliwych, z którego wyruszył morderca mojego synka. Nie oszczędziłem nikogo. Wróciłem do niego cały umazany krwią niewinnych ludzi… tylko ludzi, jego oczy były przymglone, ale nadal oddychał.
Podniosłem go i pobiegłem do watahy.
- Leah! Leć do zielarni po wszelkie zioła uzdrawiające!
- Tato… - szeptał Ray, z moich oczu ciekły łzy
- Izis! Zanieś go do skrzydła szpitalnego
Wszyscy po kolei wykonywali moje polecenia...
Zataczając się leniwie łaziłem bez sensu w koło. Ray siedział i gapił się na mnie wzokiem, zbyt dojrzałym jak na 7-miesięcznego szczeniaka. Nie rozumiał mojego zachowania, zresztą tak jak ja. Po rozmowie z Heliestrią w mojej głowie wciąż huczało jedno zdanie : „ Jesteś bogiem, nie licz na stałość w uczuciach…”. Wiedziałem co to oznacza i właśnie za to się nienawidziłem.
Rose… Heliestria… Sayona… Hariett… SHIDE… a nawet w pewnym sensie Leah… ( JAK JA MOGĘ JE WSZYSTKIE KOCHAĆ?! I TO NA RAZ!!!!)
- Tak, tak jesteś beznadziejny tato… a teraz chodźmy na to polowanie – wymamrotał błagalnie, słysząc moje myśli
- Pójdziemy kiedy indziej – jęknąłem zrezygnowany
- TATO! Nie bądź ciota! P-R-O-S-Z-Ę! – wybałuszył na mnie oczy
Spojrzałem na niego zażenowany
- A niech Ci będzie
Powolnie poruszając się do przodu ruszyłem za radosnym synem. Ray podskakiwał wesolutko, coraz bardziej przyspieszając. Byliśmy już coraz bliżej polany, na której często urzędowały jelenie i sarny. Gdy byliśmy prawie na miejscu włączył się ON… instynkt łowiecki. Mechanicznie przyległem do gruntu i zacząłem się czołgać. Mój syn spojrzał na mnie i gwałtownie powtórzył ten gest. Nasłuchiwałem uważnie, w moich oczach lśniła rządza… widziałem ich drgające ciała i czujne, silne szyje, delikatna tętnica pulsowała pod grubą skórą. Skupiłem całą siłę w łapach, bacznie obserwując swoją niedoszłą ofiarę – wielkiego samca o lśniących porożach.
- Skaczemy na… jeden… dwa… trzy… - wysłałem mu za pomocą leglimencji
Dosłownie w tym samym czasie wybiliśmy się w powietrze, potem wszystko działo się bardzo szybko. Gdy tylko pojawiliśmy się na otwartej przestrzeni rozległ się dźwięk wystrzału. Kula ( jak to miała w zwyczaju) przeleciała przez moje ciało i zatopiła się w klatce Ray’a. Słyszałem jego pisk, skomlenie i jęki bólu. Rozdarłem się wściekłością, furią, było coraz gorzej. Chroniłem go własnym ciałem warcząc na zdziwionego kłusownika. Zadawałem mu cierpienie atakując taką dawką bólu, że zginął w męczarniach. Wokół nas biegały spanikowane stworzenia. Kłapałem zębami mordując wszystkie po kolei, mój umierający syn patrzył na mnie zafascynowany. Rządza mordu panowała nade mną zmuszając do błyskawicznego opuszczenia polany. Tym razem tak szybko, że nawet moje boskie oczy nie rejestrowały tego co działo się do okoła. Po dosłownie paru sekundach dotarłem do obozowiska myśliwych, z którego wyruszył morderca mojego synka. Nie oszczędziłem nikogo. Wróciłem do niego cały umazany krwią niewinnych ludzi… tylko ludzi, jego oczy były przymglone, ale nadal oddychał.
Podniosłem go i pobiegłem do watahy.
- Leah! Leć do zielarni po wszelkie zioła uzdrawiające!
- Tato… - szeptał Ray, z moich oczu ciekły łzy
- Izis! Zanieś go do skrzydła szpitalnego
Wszyscy po kolei wykonywali moje polecenia...
**********
- Mroczny... zostaw go on nie żyje...
- Nie - wykrztusiłem przez łzy
- Przykro mi.....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz