środa, 20 lutego 2013

Opowiadanie od Sarumana Czarnego

Pewnej nocy byłem jak zazwyczaj sam (a jeśli nie to tylko to co upolowałem) było nadzwyczaj cicho.
-Nigdy nie słyszłem takiej ciszy?-pomyślałem sobie.
Nagle zaczeło coś szeleścić w krzakach, zobaczyłem czerwone oczy.
Odejdź!-warknęłem.
Nagle wyskoczył wielki tygrys, ryknął
-Jesteś mój głąbie!-
-Zabije cię prędzej niż ty mógłbyś mnie tylko dotknąć.-odpowiedziałem ze śmiechem.
-Wiem dlatego przyniosłem wsparcie!-Krzyknął.
Nagle rozległ się ryk, tygrysy były wszędzie.
-No to po mnie.-pomyślałem
Zaczełem uciekać  przez zarośla na szczęście była noc i miałem większą szansę na ucieczkę.
Razem ze mną leciał kruk, zdziwiło mnie to lekko lecz zapytałem
-Czemu za mną lecisz?-
Kruk przedstawił się jako Draco
-Leć za mną!-zawołał.
Tygrysy siedziałeły mi na ogonie, więc rzuciłem się na przywódce, wygrałem walkę ale inne tygrysy były na mnie wściekłe, byłem w strasznej pułapce.
Stałem jak osłupiony bo nie miałem w którą stronę uciec.
Już pożegnałem się ze światem i pogodziłem się z tym że będe uchodzł za najlepszą kolację tygrysów
Jeden już miał na mnie sko.czyć,gdy za mną trzy wilki.
Pokonały reszte tygrysów.
zapytałem-Jak sie zwiecie?-
-Wtaha cierpienia i zagłady-odpowiedział przywódca-Dołącz do nas a nie pożałujesz.-dokończył.
-Dzięki zkorzystam z propozycji-odpowiedziałem
Zrozumiałem że właśnie mam przyjaciół.

Opowiadanie od Perseusza


W głębinach oceanu trwała wojna między Posejdonem i Okeanosem. Tytan Okeanos który władał wodnym królestwem napadł na pałac mego ojca.
Oczywiście zdecydowałem się pomóc ojcu, ale wróg miał przewagę liczebną.
Gdy dojechałem do podwodnej fortecy, zastałem ją całą w greckim ogniu.
Widocznie grecki ogień płonie też pod wodą. ? pomyślałem.

W pałacu spotkałem ojca który stał nad jakąś mapą coś na niej kreśląc. Gdy mnie dostrzegł rzekł do generałów swego wojska aby zostawili nas samych.
Gdy podszedłem zaczął rozmowę:
-Widzisz tamto wzgórze. ? powiedział i wskazał je laską na której osadzona była muszla wielkości piłki.
-Tak. ? odpowiedziałem
-Na niej jest obóz wroga i stamtąd nadpływają najgroźniejsze potwory.
Gdy to rzekł zobaczyłem wielkiego zielonego węża morskiego o dwóch głowach, jedną z przodu drugą ciągnącą się z tyłu wypływającego znad góry.
Ojciec wykrzykną coś po staro grecku do swoich generałów, a ci natychmiast odpłynęli, gdyż większość z nich była syrenami.
-Musisz zakraść się na tamtą górę i zobaczyć jaką liczebność ma wróg. ?rzekł nerwowo, a wtedy szybko odpłynąłem.

Gdy dotarłem do stóp góry usłyszałem wołania.
Gdzieś ten głos słyszałem. ? pomyślałem.
Odwróciłem się szybko i spostrzegłem mojego brata cyklopa którego wcześniej spotkałem w drodze do watahy. Przedstawił się jako Tyson i szybko odbiegł
z wojennym okrzykiem ?masło orzechowe? i kilkoma innymi cyklopami, chyba także moimi braćmi.
Wszedłem na szczyt góry stworzonej z rafy koralowej, a to co za nią dostrzegłem przerosło moje wyobrażenie. Zobaczyłem około tuzina węży morskich armie syren i dużo więcej innych potworów.
I wtedy go zobaczyłem. Stał w wielkim rydwanie zaprzężonym w czerwone hipokampy z kilkoma włóczniami do rzucania.
Zebrał się we mnie taki gniew że ledwo opanowałem się od pobiegnięcia na dół.
Odpłynąłem z powrotem do pałacu ojca i zastałem go siedzącego na tronie stworzonym z rafy koralowej i opowiedziałem mu wszystko razem ze spotkaniem z cyklopami.
Nagle z za pałacu wypłynęła armia jeźdźców na hipokampach i rzuciła się na armie tytana. Posejdon kiwną na mnie zachęcającą ręką abym pobiegł z nimi.
Armia tytana dalej miała przewagę liczebną. Nagle zobaczyłem obok siebie mego ojca jadącego na rydwanie naprzędzonym w wielkie delfiny.
Zobaczyłem ponownie Okeanosa  tylko tym razem już walczącego pieszo
i rzucającego oszczepami w syreny. Zacząłem na niego płynąć z całych moich sił.
Ale on Mie zauważył i cisną we mnie oszczepem. Wykonałem unik ale rzut był zbyt silny aby mi się nic nie stało. Oszczep drasnął mnie w oko tak że miałem je przecięte z góry na dół i zaczęła płynąć mi z przecięcia krew. Szybko się podniosłem i znowu zacząłem na niego biec tylko że tym razem byłem zbyt blisko aby on zdołał rzucić we mnie swoją włócznią. Dopadłem go i od razu zagłębiłem w jego szyi swoje zęby, a że tytana może zabić tylko bóg współpracujący z herosem to Posejdon cisną w Okeanosa swoim trójzębem. Tytan rozpłyną się w pył, a potwory rozproszyły się i uciekły.

Gdy wróciliśmy do pałacu opatrzyła moje oko nimfa, a następnie powiedziała:
-Prześpij się Percy, dzielnie walczyłeś.
-Muszę się szybko spotkać z ojcem. ? odpowiedziałem.
-Ale najpierw wypocznij, a poza tym ojciec jest na poszukiwaniach reszty potworów z armią syren więc i tak nie możesz się z nim spotkać.
Nagle moją ranę przeszył piekący ból.
Zemdlałem.

Gdy się ocknąłem stał nade mną Tyson. Gdy spostrzegł że się obudziłem rzekł:
-Ojciec prosił abym cię zabrał do watahy.
-A nie mogę się z nim spotkać? ? zapytałem.
-Przekazał mi że nie ma ci nic do powiedzenia i żebym cię wyciągną na brzeg i zaprowadził do watahy.
Zrobił jak rzekł.

Gdy dotarliśmy do watahy była noc, a ja gdy się obejrzałem za siebie nie dostrzegłem mojego brata i udałem się do swojego małego domku zbudowanego z rafy koralowej i morskiej skały. Domek był prezentem od ojca. Gdy położyłem się na moim legowisku od razu zasnąłem.

Opowiadanie od Lily


- Aron - westchnęłam cicho zatapiając się w jego spojrzeniu
- Witaj... Lil... poprzenim razem byłaś tak samo wymemlana... co ci się stało? - zapytał z typowym jak dla siebie zaintersowaniem
- Scarlatto... on...
Jego oczy zapłoneły na sekunde żywym ogniem... dosłownie widziałam w nich płomienie, a piaskowa sierść przybrała rudawy odcień. Mimo tego jego wzrok był dość opiekuńczy i spokojny.
- Nic ci nie jest? - zapytał nieco podniesionym głosem
- Wszystko ok...- skłamałam odwracająć wzrok. Żebro jeszcze mnie bolało, a skrzydło, najwidoczniej złamane drgało delikatnie powodując przenikliwe kłucie. Nic nie było ok, lewa tylna łapa, również uszkodzona bolała jeszcze bardziej. Nie patrzyłam na piaskowego wilka, bojąc się, że odkryje moje kłamstwo.
- Ech, niech Ci będzie... - wymamrotał, niepewnie stawiając pierwszą łape na gruncie tuż obok mnie.Jego futro lśiło w blasku słońca, niczym ogień. Wcześiej nie zauważyłam, że cały emanuje płomieniami. Był przepiekny. Iskrzył się jak tysiące diamentów, a moje oczy wypatrywały jakichkolwiek niedoskonałości na jego powierzchni.
Przysunął się do mnie jeszcze bardzie, oddychając równomiernie. Mój oddech był szybki i nierówny, cała się spiełam...
- Lil... co Cie boli? - wymruczał mi do ucha słodkim tonem, upajającym mój słuch
- Ni..ni..ni.nic - bąknęłam niepewnie
Pocałował mój policzek czule wyraźnie mi nie wierząc. 
Cała niespokojna pocałowałam go delikatnie, bojąc się odmowy... jednak on odpowiedział mi gwałtownie, całując stanowczo, ale ostrożnie

            ***

Leżałam wtulona w jego ciało na zboczu klifu. Wpatrzona w wody morza... oddałam się tej magicznej chwili.

- ciąg dalszy nastąpi - 

Opowiadanie od Sharona


Flame. Kocham ją.
Flame. Prawie bym ją zabił.
Flame. Dociągnęła mnie aż do szpitala..."
Wiem, że to dziwne, ale ja wszystko widziałem, po mojej śmierci.
"Ja... morderca.
Ja... potwór.
Ja... Nie mam szans"
Kolejna fala cierpienia.
"Wszystko zepsuć...
Te jej oczy... Ten kolor...
Zginąłem.
Marnie.
Zaprzepaściłem szansę.
Nienawidzę się."
Flame siedziała obok mojego ciała. Płakała.
Zależy jej na mnie...
"Nie zasługuję na to, by zyskać drugą szansę na życie"
***
'Oczami Flame'
- Jak mam się do Ciebie zwracać... Alfo? Mroczny? Panie?
- Wszystko mi jedno - mruknął wciąż patrząc na swojego syna.
- Mroczny? - spytałam
- Czego chcesz?!  - syknął przez zaciśniętą szczękę
- Spokojnie. Proszę... - szepnęłam.
- Nie mam ochoty na rozmowę. Z NIKIM!
- Czy da się ich uzdrowić? - powiedziałam, jakbym nie słyszała uprzedzenia.
- Może...
Zamilkłam. Zamyśliłam się na chwilę i wpatrzyłam w białą postać pochyloną nad nieboszczykiem.
"Taki podobny do mnie... A tak na prawdę inny."
***
Pobiegłam na targ.
Partząc w tego smutnego Alfę stada, tak zatroskanego i ponurego, olśniło mnie.
Może mają tu Muśnięcie Hadesa?
Biegałam między straganami myśląc: "Nie... Nie tu... Nie.... Też nie... Gdzie?! Nie tędy! Nareszcie. Muśnięcie Hadesa."
- Sprzedajesz Muśnięcie Hadesa? - spytałam wyglądającego na bardzo bogatego wilka.
- Dla ciebie PAN. - syknął.
- Tak, tak, mam coś ważniejszego od kłócenia się z Tobą jak mam do Ciebie mówić. To sprzedajesz to Muśnięcie? - spytałam pośpiesznie.
- DLA CIEBIE PAN! - powtórzył
- To ma PAN czy nie?! - wrzasnęłam.
- No dobra, mam. 10 rubinów - powiedział sucho
- Tak drogo?! Dobra, trudno, dawaj! - krzyknęłam.
- Ej, a co to za znaczek na twoim boku?! - otworzył oczy ze zdumienia. - Jesteś boginką Eteru...
"Uuuuuuu, znowu robimy kogoś w balona..." - pomyślałam.
- Dam ci to za darmo, jak spełnisz moje marzenie.
- Nooooo?
- Wyczaruj mi nieskończoność rubinów!!! - krzyknął.
- Masz 10 rubinów i się odwal - syknęłam.
Zabrałam proszek i pobiegłam w stronę szpitala.
- Dajcie mi szklankę ciepłej wody! - wrzasnęłam.
- Trzymaj - szepnęła Izis.
- Dzięki - uśmiechnęłam się do niej.
Dosypałam proch do wody. Wbiegłam do sali, w której leżał Sharon.
- No dalej! - szepnęłam.
Otworzył oczy. Żył. Oprzytomniał... Udało się.

Opowiadanie od Mrocznego


Opowiadanie od Mrocznego
Zataczając się leniwie łaziłem bez sensu w koło. Ray siedział i gapił się na mnie wzokiem, zbyt dojrzałym jak na 7-miesięcznego szczeniaka. Nie rozumiał mojego zachowania, zresztą tak jak ja. Po rozmowie z Heliestrią w mojej głowie wciąż huczało jedno zdanie : „ Jesteś bogiem, nie licz na stałość w uczuciach…”. Wiedziałem co to oznacza i właśnie za to się nienawidziłem. 
Rose… Heliestria… Sayona… Hariett… SHIDE… a nawet w pewnym sensie Leah… ( JAK JA MOGĘ JE WSZYSTKIE KOCHAĆ?! I TO NA RAZ!!!!)
- Tak, tak jesteś beznadziejny tato… a teraz chodźmy na to polowanie – wymamrotał błagalnie, słysząc moje myśli
- Pójdziemy kiedy indziej – jęknąłem zrezygnowany
- TATO! Nie bądź ciota! P-R-O-S-Z-Ę! – wybałuszył na mnie oczy
Spojrzałem na niego zażenowany
- A niech Ci będzie
Powolnie poruszając się do przodu ruszyłem za radosnym synem. Ray podskakiwał wesolutko, coraz bardziej przyspieszając. Byliśmy już coraz bliżej polany, na której często urzędowały jelenie i sarny. Gdy byliśmy prawie na miejscu włączył się ON… instynkt łowiecki. Mechanicznie przyległem do gruntu i zacząłem się czołgać. Mój syn spojrzał na mnie i gwałtownie powtórzył ten gest. Nasłuchiwałem uważnie, w moich oczach lśniła rządza… widziałem ich drgające ciała i czujne, silne szyje, delikatna tętnica pulsowała pod grubą skórą. Skupiłem całą siłę w łapach, bacznie obserwując swoją niedoszłą ofiarę – wielkiego samca o lśniących porożach.
- Skaczemy na… jeden… dwa… trzy… - wysłałem mu za pomocą leglimencji
Dosłownie w tym samym czasie wybiliśmy się w powietrze, potem wszystko działo się bardzo szybko. Gdy tylko pojawiliśmy się na otwartej przestrzeni rozległ się dźwięk wystrzału. Kula ( jak to miała w zwyczaju) przeleciała przez moje ciało i zatopiła się w klatce Ray’a. Słyszałem jego pisk, skomlenie i jęki bólu. Rozdarłem się wściekłością, furią, było coraz gorzej. Chroniłem go własnym ciałem warcząc na zdziwionego kłusownika. Zadawałem mu cierpienie atakując taką dawką bólu, że zginął w męczarniach. Wokół nas biegały spanikowane stworzenia. Kłapałem zębami mordując wszystkie po kolei, mój umierający syn patrzył na mnie zafascynowany. Rządza mordu panowała nade mną zmuszając do błyskawicznego opuszczenia polany. Tym razem tak szybko, że nawet moje boskie oczy nie rejestrowały tego co działo się do okoła. Po dosłownie paru sekundach dotarłem do obozowiska myśliwych, z którego wyruszył morderca mojego synka. Nie oszczędziłem nikogo. Wróciłem do niego cały umazany krwią niewinnych ludzi… tylko ludzi, jego oczy były przymglone, ale nadal oddychał.
Podniosłem go i pobiegłem do watahy.
- Leah! Leć do zielarni po wszelkie zioła uzdrawiające!
- Tato… - szeptał Ray, z moich oczu ciekły łzy
- Izis! Zanieś go do skrzydła szpitalnego 
Wszyscy po kolei wykonywali moje polecenia...
                                                       **********
- Mroczny... zostaw go on nie żyje...
- Nie - wykrztusiłem przez łzy
- Przykro mi.....

Opowiadanie od Flame

Oczy wilka płonęły wściekłością. Chciał wymierzyć ostateczny cios...
- Nie zabijaj mnie, proszę... - powiedziałam cicho i przymrużyłam powieki.
Na te słowa otworzył szeroko oczy. Przyjrzał mi się chwilę. Otworzył usta, jakby chciał wypowiedzieć kilka słów, ale one utknęły w gardle i odwrócił się. Spojrzał się na mnie jeszcze raz wzrokiem błagającym o wybaczenie i odszedł powoli ze spuszczoną głową.
Zdziwiło mnie jego zachowanie. Zainterweniowałam.
- Poczekaj... - szepnęłam.
Czerwono - biały wilk zatrzymał się. Usiadł.
- Przepraszam... - rzeknął po czym szepnął sam do siebie - Jestem mordercą.
- Nie, nie jesteś. - powiedziałam i zastanowiłam się, czy na pewno powinnam to powiedzieć.
- Jestem! - warknął. Spojrzał na mnie, a ja na niego. Miał piękne, inteligentne, złote oczy, w których płonął ogień, złagodniał.
- Broniłeś granicy stada, nie zrobiłeś źle - starałam uśmiechnąć się tak, by zrozumiał, że nie musi przepraszać.
Zapadła głucha cisza. Nieznajomy nie odzywał się.
Usiadłam, po czym z pozycji siedzącej położyłam się i zaczęłam skubać kwiatki.
- Jestem Sharon - ciszę przerwał wilk. Podniosłam wzrok.
- Ja Flame - odpowiedziałam.
- Nie boli? - spytał, mniej ponury niż przedtem.
- Nie, nie... dzięki - skłamałam. Nie chciałam urazić jego smutnej duszy. Mimo moich słów podszedł do mnie i dotknął mojego boku. Syknęłam z bólu - chociaż nie chciałam - to przyszło samo, odruchowo.
- Masz złamane zebro - jego oczy zrobiły się czarne i znów pogrążył się w otchłani rozpaczy. - Potwór - powiedział znów, jakby głośno myślał.
- Och, to... to nic. - starałam się go pocieszyć za wszelką cenę. był taki uroczy... A jego oczy takie smutne.
Podniósł głowę. Spojrzał się na mnie. Ogień w jego oczach się wzniecił.
- Możesz iść? - spytał.
- Pewnie, przecież nic mi nie jest - odpowiedziałam
- Chodź. - szepnął.
Pobiegłam za nim. Gdzie mnie prowadził? Nie wiem. Nie znałam go. Nie ufałam mu do końca, ale mimo to szłam za nim. Może był wrogiem? Nie... Niemożliwe. Poczułam w sobie takie dziwne uczucie... Nie potrafiłam go nazwać. Co ono oznaczało?
Nogi mnie rozbolały, więc spróbowałam użyć skrzydeł. Nie da rady... Jedno złamane.
- Słuchaj, tam jest niebezpiecznie. Przeleć nad, bo widzę, że masz skrzydła. Dasz radę? - spytał.
"Na moje nieszczęście..." - pomyślałam.
- Pewnie - rzekłam.
Spróbowałam wzlecieć do góry. Nie, nie mogę! Skrzydła nie dadzą rady.
Sharon pobiegł. Jakieś dziwne, ciemne stworzenia podleciały do niego. Walczył z nimi.
"Nie... Tylko nie to..."
Jedno ze stworzeń nagle wniknęło w Sharona. Ten jęknął, jego oczy straciły swój blask - stały się jasnoszare, matowe - osunął się powoli na ziemię i znieruchomiał... Jak kamień.
W oku zakręciła mi się łza. Nie... Błagam...
Nagle stałam się wściekła. Sierść biała, a włosy - czarne. Moja wcześniej misternie ułożona fryzura stała się rozczochrana. Me oczy błysnęły krwią.
Przestałam czuć ból w boku - to inny ból rozrywał moje ciało. Cierpiałam, przez to, że nie pomogłam Sharonowi... to przeze mnie zginął...
Rzuciłam się na istoty. Warknęłam groźnie. Po chwili już ich tam nie było.
Moje ciało znów wróciło do dawnej postaci - małe, bladożółte i jasnoróżowe włosy. Podeszłam do nieboszczyka. Zaczęłam go ciągnąć. Nawet nie miałam pojęcia, czy dobrze idę. Posuwałam się tam, gdzie kazał mi instynkt. Ciągnęłam go, mimo narastającego bólu w boku i braku siły. Szłam i szłam, gdzie nogi poniosą...
W końcu zastopowałam. Nie potrafiłam dalej. Usiadłam przy Sharonie i zaczęłam płakać. Łzy kapały na jego martwe ciało. Moje życie straciło sens...
Wtem usłyszałam głosy - inne wilki. Z krzaków wyglądały dwa złote ślepia.
- Nie chcę być wrogiem... Potrzebuję pomocy.
Postać wyszła. Była to czarna wilczyca.
- Mam na imię Izis. - powiedziała.
- Ja jestem Flame. Pomóż, proszę... - szepnęłam. - mogę oddać swoje życie, byleby tylko on je z powrotem zyskał. Błagam...
Pomogła mi go ciągnąć. Wciągnęłyśmy go do szpitala.
- Zrobimy co w naszej mocy. On jest z naszego stada - oznajmiła.
- Uzdrówcie go... Proszę.
***
Siedziałam obok Sharona. Lecz spostrzegłam wilka o białej sierści, inteligentnych, złotych, lecz smutnych oczach. Był taki podobny do mnie. Wpatrzony w ciało, lecz innego wilka, małego... Pewnie jego syna.
- Wiem, co pan czuje... - powiedziałam do niego. - Przykro mi...
- Nic nie wiesz... - spytał nadal nie podnosząc wzroku od martwego ciała, jego ton był pełen żalu 
- Jestem Flame. - odparłam. - wiem... jaką pan czuje stratę
- Jestem Mroczny - odpowiedział - NIC NIE WIESZ - rykną, poczułam w tedy moc od niego bijącą, yła tak silna, że przytłaczała moje drobne ciało
- Czuję, że jeden wilk z tej watahy stał się moją rodziną - powiedziałam - a skoro on jest moją rodziną, to i cała wataha, więc prosze nie złość się tak...
- Rozumiem - szepnął. - Witaj w rodzinie.

Opowiadanie od Flame


Była ciemna noc. Wydaje mi się, że północ.
"Może wreszcie znajdę dom?" - pomyślałam. - "Poczuję, co to znaczy... kochać?"
"Kochać"? Co to za pojęcie! Nie wiem, nigdy nie... "kochałam"...
Moja mama, gdy jeszcze żyła, była piękna, lecz ciężko chora. Prawdopodobnie zatruła się hogesem. Gdy miała mnie urodzić, poroniła. Mój tata sprowadził boginkę Eteru, by spełniła życzenie. Mama poprosiła o życie dla mnie, dlatego boginka o imieniu takim jak ja – Flame, oddała mi pół swojego serca. Dzięki niej żyję. Mama umarła tego samego dnia, co ja zyskałam szansę. A tata nadał mi imię Flame – po bogince Eteru, która oddała mi swoje serce. Gdy tylko nauczyłam się chodzić i mówić podstawowe słowa: tata, jeść, pić, spać itd., tata mnie opuścił – zostawił na pastwę losu. Od tej pory radziłam sobie sama. Nigdy nie zaznałam uczucia miłości… Nigdy nie kochałam, nie wielbiłam, nie ufałam… Nie miałam zielonego pojęcia, co to znaczy KOCHAĆ. Co? Jak?
Posuwałam się bezszelestnie przez las. Poiło się tam od innych „niezadowolonych klientów”. Dzięki bogince Eteru o moim imieniu nie tylko żyję, ale stałam się w części jej potomkiem. Ale to po rodzicach odziedziczyłam waleczność i zdolność w walce, czego boginki Eteru nie posiadają. Lecz mam moc spełniania życzeń, bo jestem częścią boginki Flame, a właściwie, to mam w sobie jej część. Dlatego klienci byli „niezadowoleni”. Ze względu na to, że jestem tylko jej częścią, to miałam tę moc, ale nie do końca. Czasem magia zawodziła. I to był główny powód. A innym powodem było to, że magia spełniania marzeń kosztuje sporo wysiłku, a czasem… Mi się nie chce, a że jestem sprytna, to robię ich w balona (jak to na boginkę Eteru przystało). Kasę biorę, a co do życzenia to niekoniecznie.
Gdy słońce wschodziło, zatrzymałam się, by chwilę poobserwować ten piękny widok.
Nagle coś się na mnie zwaliło. Poczułam przenikliwy ból. Obejrzałam się prawie nieprzytomna. To był wilk… Wilk z Watahy Cierpienia i Zagłady.

Opowiadanie od Flame


- Zostaw mnie ty szkarado! - wykrzyknęłam partząc w złote ślepia centaura.
- Dałem ci kubeł złota, gdzie moje życzenie?! - wrzasnął z furią w oczach.
"Kolejny niezadowolony klient" - pomyślałam uśmiechając się arogancko.
Zarżał wściekle i rzucił się na mnie. Jednym zwinnym ruchem uniknęłam mojej klęski.
- No dobra dobra, już spełniam to życzenie! Tylko daj mi chwilę.
Udałam, że skupiam się na czarowaniu.
"Raz...
Dwa...
Trzy..."
I już mnie nie było.
- Pomoooocyyyyyyyy! - krzyknęłam ile sił w moich płucach zmieniając głos na słodki i uwodzący.
Usłyszałam przenikliwe wycie. Ktoś tam był...
Centaur uderzył mnie kopytem w głowę. Obraz mi się rozmazał.
Nagle z krzaków wyskoczyło coś czerwonego. Śmignęło mi przed oczami, niczym błyskawica.
- Zwiewaj, bo jak nie, to pożałujesz! - krzyknęło "coś czerwonego".
- Nic mi nie zrobisz, piesku. - odparł.
- Przekonamy się.
Centaura za chwilę nie było. Obraz wrócił do normy. "Coś czerwonego" okazało się wilkiem.
- Nic ci nie jest? - spytała.
- Głowa mnie boli, ale na szczęście wszystko ok... Jak się tu znalazłaś?
- Podróżuję.
- Skąd?
- Nieważne... Muszę iść - zmieszała się.
- Powiedz! - krzyknęłam, już nie tak słodkim głosikiem.
- Z watahy cierpienia i zagłady - szepnęła i odbiegła.
" Muszę biec" - pomyślałam i popędziłam przed siebie.

Opowiadanie od Shide- odchodzę

Z zachodu wiał chłodny, październikowy wiatr. W mroźnym powietrzu unosił się przenikliwy niepokój przyprawiający o gęsią skórkę. Rozejrzałam się dookoła: nie było słychać żadnego dźwięku, wszyscy jeszcze spali.Oprócz Mrocznego - pomyślałam patrząc na rubinowy kwiat migający niespokojnie. Zacisnęłam mocniej paski od swojej torby. Spojrzałam jeszcze raz w stronę watahy a w oku zakręciła mi się łza. Zacisnęłam mocno powieki, powstrzymując się od płaczu. Odwróciłam głowę i zaczęłam iść w stronę Granicy. Nie miałam pojęcia co teraz zrobię. Pewnie pójdę na północ, może poszukam Tobiasa. Ale na pewno nie mogłam zostać tutaj. Doszłam na szczyt dużego pagórka i stanęłam. Ostatnie spojrzenie na watahę. ,,Nigdy ich nie zapomnę" , myślałam, ,,Nigdy". Wiatr zawiał jeszcze raz, tym razem mocniej, jakby ponaglając mnie do odejścia. Więc go posłuchałam. Odeszłam. 

Shide

Opowiadanie od Mrocznego


Wiedziałem, że odchodzi, czułem to całym sobą. Rozrywany na milion kawałków stałem patrząc tempo na północ. Nie wiedziałem, dlaczego, nie rozumiałem skąd to się brało, po prostu byłem beznadziejny. Wszystko się sypało, zalewając mnie falą rozpaczy i osamotnienia. Popadałem w nicości opadając w głąb ogrodów żalu. Zamknąłem się w sobie, nadal patrząc, jakby licząc, że zawróci. Niestety było za późno, ciepło w moim sercu, zgasło o jeden płomień. Płomień należący do Shide, już nie była w watasze.” Zostaw ją i tak nie należy do Ciebie” – mruknął mój zdrowy rozsądne, jednak cos szarego i bladego, przyciśniętego przez moją dumę… egoizm wrzeszczał na mnie z głową zadartą do góry. W moich łapach zbierała się siła, a te naprężały się i szykowały do pogoni. Mimo bólu nadal stałem. W moim oku zakręciła się szklana łza, spływając powoli i opadając gwałtownie o ziemię. W miejsc jej upadku wyrósł kwiat o rubinowych płatach, oplatany przez szklaną powłokę smutku. Owijając piękny kwiat swymi ramionami szepczał cicho jedno imię „ Shide”. Obijało się ono o moje cierpiące uszy. Krew pulsowała we mnie gwałtownie, uderzając i miażdżąc komórki. Nadal stałem. Jak kompletny głupek patrzyłem w agonii, licząc cała duszą na to, że chociaż na mnie spojrzy. Nic takiego się nie działo a ja traciłem nadzieję, topiąc się jeszcze bardziej. Wciągnąłem łapczywie powietrze, zamykając oczy i upajając się zapachem magicznego kwiatu. Pochwyciłem go w kły i po paru susach stałem obok niej. Wcisnąłem kwiat do jej torby, patrząc w jej głębokie, zielone oczy. Dziś tak smutne
- Nie proś bym wróciła… - szepnęła
- Nie mam zamiaru prosić o to… - zamilkłem, upajając się jej spojrzeniem - … proszę… obiecaj, że o mnie nie zapomnisz – szepnąłem błagalnym tonem
- Nie… zapomnę… obiecuję
Nie widziałem jej, gdy odchodziła, bo łzy zasłoniły moje oczy. Wiedziałem za to, że jej już nie ma. Stałem nadal, nieruchomy, niczym granitowy głaz, i tak właśnie się czułem. Jak marna, szara skała. Nie miałem zielonego pojęcia o której godzinie, wiedziałem z kolei, że zaczął padać rzęsisty deszcz. Jego chłód bił mnie od wewnątrz. Wtedy otworzyłem oczy.
Stałem w ogrodzie jesiennym, jako jedyny, mając zaszczyt, kiedykolwiek spotykać w nim moją panią. Stała w promieniach słońca, oplatających jej zgrabną figurę. Światło od niej bijące, raziło w oczy nawet innego boga. Złociste włosy powiewały lekko, mimo braku wiatru, a oczy tak samo złote jak moje przyglądały mi się bacznie. Ja również nie byłem już wilkiem. Stałem przed nią w całej swojej krasie. Aroganckiego, długowłosego młodzieńca, o nieziemskiej urodzie. Uśmiechnąłem się. Odpowiedziała mi tym samym, ale innym… mój uśmiech był martwy, pełen cierpienia.
- Miałeś kiedyś psa? – zapytała mnie Heliestria widząc moje łzy, nadal bacznie na mnie patrząc i  uśmiechając się lekko
- Przez większość życia byłem wilkiem… raczej nie…- wybąkałem
- Pies, to najbardziej wierne stworzenie, a i tak nie może równać się z Shide
Płakałem rozrywany od środka, na malutkie kawały nicości
- To czemu mnie zostawiła? – syknąłem przez zaciśnięte zęby
- Bo kochała, ale nie potrafiła zrozumieć
- Dla mnie zawsze była najlepsza – zakończyłem zapadając się w otchłań cierpienia i zagłady
- A ty dla niej…
- Tak łatwo mi kochać – szepnąłem
- Jesteś bogiem, nie licz na wierność w uczuciach
- Nie… jestem beznadziejny! – warknąłem
Narastała we mnie złość, nie, nie i jeszcze raz nie! Wszystko we mnie strzelało błyskawicami, otumaniało mnie i rzucało mną po okolicy. Gdy znów otworzyłem ślepia byłem w lesie.
- Shide! Kocham Cię! – krzyknąłem ile sił w płucach
- Śmierdzielu...? - usłyszałem płomienny głos mojej przyjaciółki

- Leah?
Ona ucałowała mnie tylko w czoło, patrząc na mnie wymownie.
Wszystko wokół nas płonęło…
- Wiem, wiem… już idę spać – zaśmiałem się i razem z nią odszedłem w kierunku jaskiń.

--- ciąg dalszy nastąpi ---

Opowiadanie od Perseusza


Dzień zaczął się interesująco, jak każdy dobry wilk chciałem dołączyć do watahy. Podróżowałem po lasach już ponad dwa tygodnie. Polowałem na króliki zające ale nigdy na jakąś większą zwierzynę. Znalazłem się nad strumieniem ale nie wiedziałem jak przejść na drugą stronę bo rzeka była szeroka a prądy rwące. Napiłem się wody i wtedy zaczęło mnie ściskać w żołądku.
Nagle z wody wyłonił się most z rafy koralowej wtedy zrozumiałem że stałem się wilkiem wody. Przeszedłem na drugą stronę i przede mną pojawił się wielki niedźwiedź. Znowu poczułem
ucisk w żołądku i wokół mnie zaczęła się kręcić woda jak jakieś tornado. Niedźwiedź uciekł w popłochu a ja szedłem dalej. Spacerowałem tak jeszcze przez trzy dni, aż pewnego razu zobaczyłem dużego czarnego kruka o imieniu Draco. Nie wiem skąd znałem jego imię po prostu usłyszałem jak mówi ?jestem Draco?. I nic już więcej nie wiedziałem bo przygniótł mnie do ziemi jakiś ogromny zwierz i zemdlałem. Obudziłem się w obozie, przynajmniej tak podejrzewałem, kotów ognia. Dwa z nich wylegiwało się na kamieniu jakieś 100 metrów ode mnie. Były to dwa ogromne, czarno, czerwono-żółte koty wielkości niedźwiedzia. Nagle usłyszałem nawoływania kruka i koty ognia naglę odeszły. Wtedy przyleciał ten czarny ptak którego wcześniej spotkałem. I zaczął przegryzać mi więzy dziobem. Gdy to zrobił odleciał i już go przez całą resztę podróży nie zobaczyłem. 
Szybko uciekłem z obozu i biegłem na północny skraj lasu. Po drodze wystraszyłem jakieś wiewiórki które zbierały orzechy. 

Postanowiłem przenocować w jaskini niedaleko rzeczki którą wcześniej przeszedłem. Obudził mnie cyklop który zaczął ciągnąć mnie za tylne łapy.Gdy zobaczył że się obudziłem uśmiechną się do mnie.
-Witaj bracie ? powiedział cyklop.
-Ja twoim bratem ? zaśmiałem się. Nie możliwe.
-A jednak ? ciągną dalej i puścił w końcu moje łapy z żelaznego uścisku
i przysiadł obok mnie.
-Może dać ci coś do jedzenia ? zapytał.
-Była to kusząca propozycja bo nie jadłem od dwóch dni. Więc się zgodziłem.
Po jedzeniu zasnąłem i obudził mnie znowu mój brat. Więc zacząłem z nim rozmowę.
-Kim jest twój ojciec?
-To Posejdon ? powiedział z uśmiechem na ustach.
-Więc moim ojcem też jest Posejdon?
-Tak!!! ? powiedział z radością. Mam brata wilka!
Czyli jestem herosem ? pomyślałem ale nie powiedziałem tego na głos.
Gdy się rozejrzałem cyklopa już nie było, a ja nawet nie wiedziałem jak mój brat ma na imię. Postanowiłem ruszyć w dalszą podróż.

Po kilku dniach drogi postanowiłem upolować sarnę żeby starczyło mi mięsa na dłuższy czas. Zrobiłem jak powiedziałem i ruszyłem w dalszą drogę.
Nagle usłyszałem skowyt wilka i całe moje ciało przeszył okropny ból. Zemdlałem.
Gdy się ocknąłem stał nade mną jakiś szaro biały wilk z krukiem obok niego siedzącym na gałęzi. Kruka poznałem od razu był to Draco i zdawał się mówić że szaro biały wilk jest wilkiem alfa watahy zagłady i cierpienia.
Przedstawił się jako Mroczny a ja mu opowiedziałem całą moją historię i postanowił przyjąć mnie do swojej watahy. Znalazłem w końcu przyjaciół godnych zaufania, a moje życie nabrało sensu.

Retrospekcja Izis


Od jakiegoś czasu rozrywały mnie skrajne emocje. Co dzień mierzyłam się z potwornym bólem głowy i wilkami które spoglądały na mnie podejrzliwie. Czułam się obca w watasze. Coraz częściej zamknięta w jaskini rozmyślałam nad straszną rzeczywistością. Marzyłam o tym by w końcu zdobyć się na odwagę i opowiedzieć Mrocznemu o Iyo. Ale małe żelazne drzwiczki z napisem zaufanie, zatrzasnęły się na dobre. W żaden sposób nie byłam już w stanie ich otworzyć. Widziałam, że Shide z całych sił próbuje mi pomóc. Jednak bez skutecznie. Jedzenie smakowało dla mnie jak piołun, a woda paliła gardło niczym siarka.
Myśl, że mogę zawieść przyjaciela była potworna.
Hyp znikną gdzieś bez śladu. Od dwóch dni nie było o nim żadnych wieści. To dobiło już zupełnie gwoźdź w mojej ranie. Czułam się bezsilna.
Świat walił mi się na głowę, a ja nawet nie mogłam go podtrzymać.
Mroczny albo nie zauważył mojego dziwacznego zachowania, albo po prostu je ignorował. I dzięki mu za to. Przynajmniej nie czułam się osaczona.
***
Shide wyruszyła z Leach na polowanie, więc zostałam sama na sam z moimi problemami. Siedząc w jaskini prawie widziałam jak moje myśli krążą po pomieszczeniu. Słyszałam fragmenty dawno przeprowadzonych rozmów. Dostrzegałam urywki walk na śmierć i życie z których nie wiedzieć czemu zawsze wychodziłam cało. Wolałabym wtedy umrzeć niż męczyć się teraz z brakiem życiowej prozy. Czasu bez problemów i miłego gawędzenie przy ognisku.
Ale mój los lubi być bezczelny. Układa wszystko tak by było mi jak najciężej i tak by nikt nie mógł mi pomóc dźwigać ten ciężar.
Westchnęłam.
Decyzje które podejmujemy teraz, mogą w taki czy inny sposób zaważyć na naszej przyszłości...” wiedziałam, że te słowa nie kłamią. I byłam stu procentowo pewna, że cały świat krąży wokół nich.
Poczułam dziwne mrowienie na plecach.
Odwróciłam się gwałtownie by dostrzec jak ktoś wymierza mi celny cios w głowę...
Dalej czułam już tylko, że spadam...
W przepaść... bez dna... bez nadziei...
***
Kiedy odzyskałam przytomność, pierwszym uczuciem jakie mnie nawiedziło była przemożna ochota zwrócenia śniadania. W głowie powstało miniaturowe tornado, a żołądek dziwacznie się skręcał. Cała dygotałam.
-Kto teraz?
-Ta czarna w kącie. Będzie niezły ubaw jak ją Yano rozwali! Ha! Publiczność oszaleje!
Chciałam się poruszyć i z żalem odkryłam, że jestem skuta z podłogą. Pysk tkwił w kagańcu, ściśniętym tak mocno, żebym nie mogła otworzyć go na chodź by milimetr. Oczy przewiązano kawałkiem materiału, który naprawdę nie był do niczego potrzebny. I tak wszystko widziałam, choć szczerze w tym momencie pragnęłabym nie posiadać tego daru.
Wokół mnie leżały porozrzucane martwe ciała wilków. Miały wiele obrażeń głowy, a nieliczne w ogóle jej nie posiadały. Jednak dwa żyły i tak jak ja leżały przykute do podłoża.
Samotna łza zleciała mi po policzku.
Czy za chwilę skończę tak samo jak mój poprzednik, którego właśnie wrzucono na stertę truposzy?
Dwaj strażnicy w srebrnych hełmach skierowali się w moją stronę. Z ich ust nie schodziły okrutne uśmiechy.
Jeden warkną i nagle metalowy pas który mnie unieruchamiał rozpłyną się w powietrzu, a zaraz potem łańcuchy wiążące nogi.
Podniosłam się i bez zastanowienia skoczyłam na strażników.
Jednak nie wzięłam pod uwagi jednej ważnej rzeczy.
Grubszy z wilków machnął łapą, a ja po prostu przeleciałam nad nimi po czym z hukiem uderzyłam głową o ścianę.
-Och, czemu wy musicie być tacy przewidywalni! Każdy wykręca taki sam numer. To się już nudne robi...
Nie dokończył bo właśnie wymierzyłam mu celnego kopniaka w bok. Drugiemu strażnikowi pazurami rozpłatałam gardło.
Wściekłość wypaliła we mnie potężną dziurę. Oczy stały się zielone, a ja poczułam jak ciepła moc furii rozpływa się po moim organizmie. Doskoczyłam do uwięzionych wilków po czym z całą swoją siłą rozwaliłam ich więzy. Oboje podnieśli się z trudem.
Ale byli żywi!
Biała wilczyca wyglądała najmizerniej. Miała sierść poszczepienną lepkim błotem i zaropiałą ranę na łapie. Mimo wszystko muszę przyznać, że znosiła to wszystko z godnością niczym królowa. Powoli i ostrożnie zaczęła ściągać szmatę z oczu.
Ja tymczasem uwolniłam się z kagańca. Czułam, że muszę porządnie rozprawić się z tym kto tak urządził moich pobratymców.
-Kim jesteś? I tak w ogóle to gdzie MY jesteśmy?
Brązowo- czarny wilk spojrzał na mnie z wrogością i jednocześnie zagubieniem.
Furia powoli słabła, czułam, że opuszczają mnie siły.
-Gdybym to wiedziała, z pewnością już mnie by tu nie było...
Wilk zawarczał.
-Więc jesteś naszym wrogiem!
-Spqr, uspokój się... musimy... musimy współpracować... to jedyna szansa na przetrwanie...
Czułam na sobie czyść wzrok. Przenikliwy i zimny niczym woda w rzece.
Przyprowadź ją do mnie... chcę widzieć jak ginie... chce jej śmierci... JUŻ!”
Głos kobiety rozległ się dokładnie w mojej głowie i byłam pewna, że to o mnie chodzi.
-Będziemy mieli gości...
-Ha! Jak miło cie Izis widzieć! Gaja tyle o tobie opowiadała, że już nie mogłem się doczekać naszego spotkania.
Brodaty mężczyzna uśmiechną się złośliwie. Szedł powoli stawiając stopy i wpatrując swe oczy prosto w moje. Widziałam w nich okrucieństwo, ziemie spływającą krwią oraz głowy wilków na drewnianych palach. To było potworne...
-Na co czekacie?! Igrzyska nie mogą się rozpocząć bez zawodników.
I nagle poczułam, że nie panuje już nad łapami. Same zaczęły się poruszać, a mój umysł ścisnęła jakaś niewidzialna siła.
Nie bądź tchórzem Izis. Masz wybór... Możesz ginąć w cierpieniu, bądź pomóc nam w zniszczeniu świata... hmm co wybierasz?”
Jego głos przeszywał moje myśli na wylot. Próbowałam się wyrwać, ale on nie dawał za wygraną.
Chwilę potem weszłam na ogromną arenę wraz z białą wilczycą i brązowo- czarnym wilkiem. Czułam, że serce podchodzi mi do gardła. Na trybunach było pełno wilków. Wszystkie wrzeszczały czyjeś imię. Gaja...
-Witam, witam moja droga, stęskniłaś się?!
To była ona!
Ubrana w wodospady, tęcze, kwiaty i drzewa, a była od niej żądza władzy. Uśmiechnęła się do mnie.
-Pomożesz mi zniszczyć Mrocznego?
-Nigdy! Wole zginąć!
-Jak sobie życzysz!- skinęła palcem na Uranosa.- Wypuść Yano!
Ukłonił się pokornie i odbiegł gdzieś w pośpiechu.
-Igrzyska czas zacząć!
Wielka żelazna brama otworzyła się za zgrzytam.
Czułam przyśpieszone oddechy moich towarzyszy.
Dobiegł mnie ogłuszający ryk...
Serce mi stanęło.
Miałam zaraz zginąć...
-Ciąg dalszy nastąpi-

wtorek, 19 lutego 2013

Opowiadnie od Sarahwile


Sen

Biegłam po łące pełnej kwiatów tak kolorowych, jak kolory mogą być kolorowe. Biegłam bez celu, aż w pewnej chwili cudowne kwiaty zaczęły zmieniać się w stwory o wyglądzie strasznym, trudnym do opisania, bezkształtnym, ale mnie wydawało się, że wszystko to jest naturalne. Było ich coraz więcej i więcej. Im kwiat był piękniejszy tym stwór był okropniejszy. Im bardziej się bałam, tym więcej kwiatów zmieniało swoją postać. Biegłam między nimi, ocierałam się o te postacie. Jedne były oślizgłe po których spływał lepki, śmierdzący śluz. Inne były twarde, jak kora drzew i tak szorstkie, że po ich dotknięciu przecierało się moje ubranie, a na skórze pojawiała się krew. Starałam się biec coraz szybciej, ale kwiaty zamieniające się w straszydła coraz częściej stawały mi na drodze. Wymijałam je, potykałam się o nie, zderzałam się z nimi za każdym razem czując ból i coraz większy strach. Moje ręce, nogi, twarz, całe ciało było coraz mocniej podrapane, a niewielkie strużki krwi spływały po każdym jego fragmencie. W końcu nie mogłam uciekać. Stworów było tak wiele, że nie sposób było przedostać się między nimi. Stanęłam i obracając się wokół własnej osi patrzyłam, jak wszystko co mnie otacza zbliża się tak, jakby chciało mnie pochłonąć. Nagle znieruchomiałam, a z moich ust wydobył się krzyk.
- Nie! Nieeeeeeee...... Nie boję się was!
I naprawdę przestałam się bać. Trudno mi powiedzieć czy strach minął dlatego, że w pewnym momencie zrobiło mi się wszystko jedno, iż moje strachy mnie zgniotą, czy może postanowiłam im stawić czoła i walczyć. Nie wiem skąd w moim śnie nabrałam tyle odwagi, ale efekt był taki, że łąka ponownie zaczęła się ścielić kwiatami we wszystkich kolorach wszechświata. Im więcej nabierałam pewności siebie, tym szybciej potwory zmieniały swoją postać i ze szkarady przeistaczały się w piękno. Obudziłam się nagle i biorąc pod uwagę wydarzenia ostatnich godzin nie byłam pewna czy to był sen, czy może ponownie, tym razem nieświadomie, opuściłam swój organizm i znalazłam się w miejscu, które jest niedostępne nikomu poza tymi ludźmi, których świadomość może wędrować poza ciałem. Jak każdy człowiek po bardzo sugestywnym śnie zaczęłam zastanawiać się cóż on miał oznaczać. Jakie przesłanie mi niesie. Czy to jest jakaś przepowiednia z zaświatów, która mówi co stanie się w przyszłości, czy może przestroga przed czymś czego nie powinnam robić. Pierwsze co przyszło mi na myśl, było to, że wychodzenie z własnego ciała może się dla mnie skończyć tragicznie i na wszelki wypadek obiecałam sobie, że więcej tego nie zrobię., nadeszła kolejna koncepcja. Strach i odwaga. To co paraliżuje, powoduje ucieczkę i nie pozwala podejmować właściwych decyzji kontra stawianie czoła największym przeciwnościom. Strach ogranicza, odwaga daje siłę do działania. Strach powoduje, że nie widzimy wyjścia trudnej sytuacji. Odwaga pozwala znajdować właściwą drogę i udowadniać, że to co pozornie było bez wyjścia, posiada wiele drzwi. Odwaga pozwala chwycić za klamkę, by te drzwi otworzyć. Strach, gdy nawet pozwoli dostrzec te drzwi i tą klamkę, to nie pozwala, aby zrobić krok naprzód, nie pozwala wyciągnąć ręki, by nacisnąć klamkę i wydostać się z miejsca w którym nie chcemy być. Lecz jak zwalczyć strach? To tak łatwo powiedzieć „nie bój się”. Tyle jest rzeczy na świecie, które powodują strach i wtedy mówienie „nie bój się”, gdy rzeczywiście się nie boisz jest bzdurą. Rozmyślałam o strachu, który ostatnimi czasy tak często mi towarzyszył i przyjęłam kolejne postanowienie. Przestanę się bać! Żeby nie wiem co przestanę się bać! Wszystko co mogłoby mnie przestraszyć, będę straszyć ja, a wtedy strach będzie się bał mnie, a nie ja jego. Lecz czy to postanowienie ma w ogóle jakiekolwiek możliwości realizacji? Wtedy nie wiedziałam co mnie jeszcze czeka. Raczej nie, ale zawsze warto spróbować. Zamykając swoje rozmyślania westchnelam głęboko.Podniosłam się leniwie i spoglądając w niebo zawyłam głośno. Łapa nadal mnie bolała, nie szło iść dalej, a musiałam jakoś uciec z terenu łowieckiego. Miałam nadzieję, że jakiś inny wilk mnie usłyszy i pomoże mi się stąd wydostać. Łzy napłynęły mi do oczu, kiedy usłyszałam głos kłusowników:
- Jestem pewny, że to wycie dochodziło stąd!
- Błagam Morale, popadasz w jakąś paranoje!
- Tak?
Usłyszałam krzyk i wystrzał. Podczolgalam się i schowałam w krzakach, dalej nassłuchając.
- Głupi kundel tylko mnie pouczał, niech se gnije- zasmial się syderczo.
Narastała we mnie złość, a więc to był pies... Może ich nie lubiałam, ale coś we mnie pękło. Siedzialam jednak cicho, bo wiedziałam, że atakowanie w gniewie, a zwłaszcza kiedy ma się złamane żebra i łapę nie popłaca. - Gdzie jesteś głupi wilku, brakuje mi twojej głowy na ścianie. Nie bałam się, złość dodawała mi siły i widząc go niedaleko, nie bacząc na przenikliwy ból... Skoczylam z łzami boleści w oczach, wpadając na niego i wygrywając się w bark. Przerażony krzyknął, sięgając po broń i wyrywają się z mojego uścisku. Wbiłam pazury w pierś, a szczękę zatopilam w jego szyii, korzystając z ostatnich sił wystrzelił w mój brzuch, pisnelam i padłam. On za mną, krwawiąc i dyszac. Po jakimś czasie jego oddech ucichł, choć ja nadal się męczyłam. Płakałam ze swojej głupoty, nie chciałam umierać... Biorąc ostatni dech, jeszcze raz zawylam. Odpowiedziało mi ciche wycie z północy. Zalała mnie ciemność, zaczęłam się dusić, zemdlalam.  
--- ciąg dalszy nastąpi --- -

Opowiadanie od Shide

Wróciłam do jaskini i rzuciłam torbę w kąt. Podeszłam do ogniska i chuchnęłam w rozrzażone drewno. Natychmiast rozniecił się ogień i w kamienne mieszkanie wypełniło przyjemne ciepło. Popatrzyłam w stronę torby. Wystawał z niej kawałek amuletu, który podarowała mi Heliestra. Jednym susem skoczyłam w kierunku torby i wyciągnęłam go powoli i ostrożnie, jakby jednym, zbyt szybkim ruchem można by roztrzaskac na drobne kawałeczki. Uniosłam go do góry i uważnie przypatrywałam się znakom na nim wyrzeźbionym. Z jednej strony runa, z drugiej niezrozumiałe, poplątane ze sobą obrazki. Nagle usłyszałam głośne pukanie do drzwi. Szybko schowałam amulet spowrotem do torby i podbiegłam w stronę wejścia. Ku mojemu zdumieniu, na progu stał Mroczny. 
- To co? - odezwał się z lekkim uśmieszkiem- Czas na pierwszy trening.
* * *
* * *
Dni pędziły w zawrotnym tempie, zlewając się ze sobą i ciągnąc za sobą masę monotonnych zdarzeń. Potrzebowałam przerwy od tego wszystkiego. Zaczęłam iść w kierunku jaskini Mrocznego. Wiał chłodny, jesienny wiaterek, który unosił ze sobą masę liści. Większość z nich pospadała już z drzew a na szczytach gór widać było już śnieg. Wreszcie doszłam pod duże dębowe drzwi wiodące do obszernej jaskini. Zapukałam, a po chwili przede mną zjawił się Mroczny.
- Cześć Shide- powiedział- może wejdziesz do środka?
- Nie, dzięki- odparłam- Przyszłam tylko zgłosić się na dzisiejsze polowanie i dodatkowy patrol. Nocny.
Mroczny popatrzył na mnie z lekkim zdziwieniem.
- Dobra, jak chcesz- powiedział.
- Dzięki. Mogę sobie sama wybrać ekipę?-spytałam.
- Oczywiście- powiedział beznamiętnym głosem i zamknął drzwi, ale mnie już tam nie było. Biegłam przez kamienną drogę zrobioną całkowicie z ogromnych głazów które spadły wraz z lawiną. Gdzieniegdzie spomiędzy kamieni wystawały młode drzewka, które prawie zwiewało wraz z korzeniami gdy obok nich przebiegałam. Wreszcie, gdy w końcu wdrapałam się po skałach, dotarłam do jednej z naszych najwyżej położonych jaskiń. Z hukiem otworzyłam drzwi i wparowałam do środka. 
- Leach!- krzyknęłam rozradowanym głosem. Pomarańczowo- ruda wilczyca leżąca na chłodnej podłodze poderwała się gwałtownie słysząc swoje imie. 
- Shide!- odpowiedziała niemal identycznym tonem- Ostatnio coś rzadko do nas zaglądasz.
- Gdybym mogła, robiłabym to codziennie- odparłam, śmiejąc się.- Idę właśnie na polowanie, chcesz sie do mnie przyłączyć?
- Nawet nie pytaj- powiedziała.- Zrobie wszystko, byle by tylko nie musieć ślęczeć tu i sie nudzić.
Odruchowo skierowałyśmy wzrok na Seta który siedział w cieniu na wyżej osadzonej skałce. 
- Tylko uważajcie na siebie- mruknął.
Podniosłam do góry jedną brew a Leach przewróciła oczami. To co powiedział było aż tak zabawne, że obie wybuchnęłyśmy śmiechem.
- Ekhem, znaczy tak, oczywiście- dodała Leach wymuszenie poważnym tonem.
Gdy tylko drzwi się za nami zamknęły, popędziłyśmy w dół góry z szaleńczą prędkością. Dotarłyśmy do lasu i rozdzieliłyśmy się utrzymując mniej więcej 10metrową odległość. Wreszcie usłyszałam w oddali stado łosi i dźwięk odrywanej od ziemi trawy. Jadły. To idealnie. Popatrzyłam się w stronę Leach. Od razu zrozumiała o co mi chodzi i podbiegła do mnie. 
- Są na polanie.- powiedziałam z zaciętym wyrazem twarzy wpatrując się w dół góry.
- Dobrze przynajmniej, ze nie jesteśmy pod wiatr.- dodała Leach. Podbiegłyśmy jeszcze troche i na kilkadziesiąt metrów przed polaną zniżyłymy się i schowałyśmy w krzakach. Obserwowałyśmy je, pozostając nisko przy ziemi. Najsłabsze sztuki zawsze były przy brzegach polany. Wreszcie zauważyłam dużego, dorosłego łosia stojącego na środku polany wśród tłumu klęp. Czekałyśmy tak bez ruchu, aż w końcu ogromny łoś odwrócił się do nas tyłem. ,,Teraz". Odbiłam się od ziemi i jednym szybkim skokiem przefrunęłam nad krzakami. Łosie były najwyraźniej zbyt zdezorientowane, aby podjąć się jakichkolwiek działań. Przeskoczyłam nad głową jednej przestraszonej klępie i przebiegłam jej po grzbiecie, kiedy w tym czasie z drugiej strony lasu wyskoczyła Leach, która pędząc w stronę wielkiego samca przebiegała czterokopytnym pomiędzy nogami. Stado rozbiegło się na wszystkie strony a ogromny łoś uciekł w las. Popędziłyśmy za nim, przedzierając się przez zarośla. Nagle Leach wybiegła naprzód i stanęła zaraz przed olbrzymem. Łoś stanął dęba, a ja wskoczyłam mu na grzbiet i ugryzłam w kark. Gdy odchylił głowę do tyłu przejechałam mu pazurami po gardle. Zaczął się rzucać na wszystkie strony, a wtedy Leach podgryzła mu tylne nogi. Kopnął, ale nie miał wystarczająco siły aby utrzymać się na samych przednich konczynach. Runął na ziemię i z hukiem uderzył o grunt. Zeskoczyłam z jego grzbietu i obeszłam dookoła.
- Teraz trzeba go tylko zawlec do watahy- westchnęłam. Spojrzałam w stronę Leach, która właśnie ocierała swój pysk tak samo czerwony od krwi jak mój. 
- Ciekawe jak to zrobimy- powiedziała- To bydle waży z dwadzieścia razy tyle co my!
- Poczekaj, zaraz wracam- powiedziałam, a juz po chwili wróciłam z kilkoma długimi, mocnymi pnączami jakiegos rodzaju bluszczu. Związałyśmy nimi nogi łosia, chwyciłyśmy za końcówki i zaczęłyśmy ciągnąć. Liana wbijała mi się w język jak knebel, ale nie przestawałam ciągnąć.
- Uh... juz mne zeby bolą.- powiedziała Leach lekko poirytowanym tonem, co wychodziło troche niewyraźnie.
- Ne gadaj... tylko cągnij.- odpowiedziałam przez zęby i naparłam na lianę jeszcze mocniej. 
***
Minęło z pół godziny zanim dotarłyśmy wreszcie do watahy. Wszyscy już zaczynali się niecierpliwić, kiedy nareszcie wyszłyśmy z gąszczu ciągnąc za sobą górę mięsa. Nagle podbiegł do nas Set, wyraźnie zaniepokojony.
- Co ty sobie myślałaś?!?- wrzeszczał na Leach- Polować na coś takiego?!?
- Jak śmiesz w ogóle mi rozkazywać?!? Myślisz że nie umiem sobie sama poradzić?!?- przekrzykiwała go. Postanowiłam dać im chwilkę na zdarcie sobie nawzajem gardeł i podeszłam do Mrocznego i Izis.
- Oszalałaś?!- spytała zaniepokojona, ale z uśmiechem na ustach.- To bydle waży przynajmniej z dwie tony!
- Przynajmniej wystarczy jeszcze na jutro- powiedziałam niezbyt przejęta- To co? Podajemy wreszcie? Jestem cholernie głodna.- dodałam z wyjątkowym naciskiem na 'cholernie', po czym przeszłam obok nich i odebrałam swoją porcję. Zamiast usiąść jak zwykle obok Izis i Mrocznego, usiadłam obok Leach i Seta. Spoglądali na siebie spode łba, ale przynajmniej juz sie nie darli. 
- Dziwne że wasza jaskinia jeszcze nie eksplodowała- mruknęłam pod nosem, po czym zabrałam się do jedzenia. Gdy juz wszyscy skonczyli, poszłam do swojej jaskini. Podeszłam do torby i chciałam wyciągnąć z niej książkę, którą znalazłam w bibliotece Mrocznego, ale poczułam, że drzwi się otwierają. Odwróciłam się i zobaczyłam Izis.
- Cześć, Shide- powiedziała trochę rozgoryczona- Chcesz może porozmawiać?

ciąg dalszy nastąpi...