Zaniosłem trzęsącego się Rey’a na jego legowisko. BOŻE NIE MOJA HARIETT! ONA NIE MOŻE! NIE! W moich oczach pojawiały się łzy. „ Nie płacz przy małym” – powtarzałem, ale z każdym momentem było mi trudniej…coraz trudniej.
- Tato? Kiedy mama się obudzi? – zapytał Ray cichym drżącym głosem.
- „ Jeszcze dziś w nocy…” – powiedziałem, jak sam do siebie – Zostań tu, zaraz przyjdzie ciocia – zatkało mnie jest 5 rano! Skąd ja we… JESTEŚ ALFĄ, po prostu rozkaz! – Ajra zaraz przyjdzie.
- Dobrze tato.
Poszedłem do ciała Har, teraz tak nieruchomego. W mojej głowie coś szeptało „ Zapłacą! Sprawię, że zapłacą” – wszyscy i ON i ludzie – wszystkich wymorduje!
Padłem na ciało mojej ukochanej i zacząłem płakać. Moje łzy mieszały się z jej krwią, i zciekały po jej ciele. „ nie możesz wskrzesić umarłych”…
- A właśnie, że mogę – szepnąłem, po czym ruszyłem do jaskini Ajry.
Obudziłem ją i kazałem zostać z małym. Widząc mój stan nie protestowała. Do jaskini wszedłem pierwszy i podniosłem ciało Hariett. Ajra widząc mnie i martwą Hariett wciągnęła głośno powietrze.
- Mroczny ty chyba nie chcesz? – szepnęła
-„Zapłata ofiarowana, krew przyjęta” – odpowiedziałem
- Nie! Nie zostawiaj nas!
- Powiedz Skarowi, że ma się wami opiekować godnie
- Mroczny! Powiedz, że wrócisz? – zaczynała płakać, milczałem patrząc w jej piękne, lśniące oczy.
- Wrócę, nie szukajcie mnie, ktoś to zrobi – zabiję go – szepnąłem, nie pewny tej odpowiedzi i odszedłem w las. Szedłem cały dzień, nie pijąc ani nie jedząc. Cialo mojego „ aniołka” ciążyło mi coraz bardziej, ale ja nie przerywałem marszu. Robiło się ciemno, a ja nadal szedłem. Mój cel był blisko. Gdy dotarłem spojrzałem na księżyc. Północ. Mała polanka, tu pierwszy raz zszedłem na ziemię…
Położyłem ciało Hariett na ziemi. Skupiłem wzrok na księżycu i głośno zawyłem. Pierwszy wstrząs, drugi… Jestem diabłem. Spojrzałem teraz na nią. Wokół niej powstał krąg z piekielnych płomieni. Mam nadzieję, że nie wyszedłem z wprawy.
- Aperiant portas inferi! Sanguis accepit sanguis capta! Ego autem vos hortor udręko inferni!
Moneo regis inferni! Cum fletu et luctu exitium
Aperite portam! Solucione offerat, sanguis accipitur !
Krąg otoczył ciało mojej ukochanej i zamknął się. Wtedy ja rozgryzłem swoją łapę i upuściłem krew na płomienie. Ogień zgasł. Hariett leżała bez ran, krwi ani zadraśnięcia, lecz nie oddychała. Ziemia zadrżała. Pojawiła się czerwona mgła, która zaczęła powoli formowac się w złotą bramę, ozdobiona czaszkami, a do mojego nosa nadlatywał zapach domu. Bramy się otworzyły. Wziąłem ciało Har, i wszedłem, a za mną usłyszałem tylko dzwięk zamykanych wrót. Kroczyłem teraz przez krainę słysząc jęki i krzyki męczonych dusz. Dźwięk ten mnie koił, ale to nie był mój wybór. Dusze sięgały rękoma by mnie dotknąć. Szedłem nieporuszony. Zapach truchła i krwi… USTAŁ. Pojawił się pałac. Piękny złoty dorodny. Pod drzwiami stały demony śmierci. Na mój widok padły na ziemię i zaczęły płakać ze szczęścia.
- Wróciłeś Panie!
- Och nasz władco! WRÓCIŁEŚ!
Płakały i jęczały długo. Zobaczyły ciało na moim karku.
- Pan dobry! Przyniósł nam obiadek! - zaskrzeczały radośnie
- NIE! ONA JEST MOJA! – ryknąłem nie swoim głosem. Demony przestraszone padły na kolana i zaczęły mi bić pokłony.
- Niech Król się nie denerwuje, my wielbimy naszego władcę!
- MILCZEĆ! Zaprowadźcie mnie do mojego gabinetu!
- Tak jest pokorny Pan wie co dla nas dobre – skrzeczały
Zaprowadziły mie do wielkiego pomieszczenia z wielkim komimkiem. Stół był zastawiony najróżniejszymi potrawami a piękne demony ognia czekały na mnie z iskierkami w oczach.
- Wyjdźcie i przygotujcie sypialnie, jeszcze dziś udam się do Hadesa. – położyłem ciało Har na puszystym dywanie. – Kto tknie dziewczynę trafi do nieba!
Demony zaczęły skrzeczeć że Pan jest wspaniały i że nie musi nas karać aż tak okrunie, że się zaopiekują. Uśmiechnięty przybrałem postać demona, nie wilka. Ubrałem się w czarny garnitur i ruszyłem sprawnym krokiem do Hadesa z obstawą z demonów apokalipsy. Podróż była przyjemna bo w końcu czułem się swobodnie.
Ciąg dalszy
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz