wtorek, 19 lutego 2013

Opowiadanie od Hyperiona


Stałem przyparty do muru. Strach nie pozwalał mi się ruszać. Przede mną stał mój alfa Zeto. Masywny brązowy wilk z licznymi ranami na ciele. Słyszałem jego oddech. Był ciężki i nierówny. Z pyska kapała mu piana. Futro miał zjeżone. Szczerze? To był wściekły. Wiedziałem co mnie teraz czeka. Najpewniej najpierw mnie wywali z watahy, a następnie zamorduje bym mu więcej nie wchodził w drogę. Serce biło mi bardzo szybko. Nie wiedziałem co robić.
-Znów się na tobie zawiodłem Hyperionie. Po raz kolejny sprzeciwiłeś się moim rozkazom.
Zwyczajna śpiewka.
-Wiesz co cie teraz czeka?
Wiedziałem aż za dobrze.
I skoczył...
Wszystko działo się tak szybko. Przygwoździł mnie do ziemi. Próbowałem się wydostać ale był zbyt silny. Zobaczyłem jak Thala rzuca się na Zeto uwalniając mnie z jego szponów. I co teraz? W starym opuszczonym zamku było tylko jedno wyjście którego strzegły inne wilki. W głowie plątały mi się myśli. Widziałem jak Zeto powalił Thale i... przeciął jej gardło. Do oczu napłynęły mi łzy.
Chciałem krzyczeć. Zabić go ale w jej ostatnim spojrzeniu dostrzegłem wyraźne przesłanie „Uciekaj!”. Alfa odwrócił się w moją stronę. Wyglądał jeszcze straszniej niż przedtem.
-Jesteś zdrajcą, a wiesz co ja robię z takimi jak ty?
Zbliżał się powoli, ostrożnie stawiając każdy krok.
Ledwo mogłem oddychać ze zdenerwowania. Obróciłem głowę i... już wiedziałem co muszę zrobić. Nagle do mojego ciała przypłynęła nagła fala odwagi. Zakpiłem z Zeto.
-Powiedz mi, lubisz ptaki?
Wilk wyszczerzył kły.
-Tylko takie na obiedzie. Którym niedługo i ty się staniesz.
Zaśmiał się i wciąż się zbliżał.
- A gdyby tak ten ptak latał?
Zeto jeszcze raz parskną histerycznym chichotem.
-To bym mu skrzydła poodgryzał.
Widziałem, że wypręża się do ostatecznego ataku, ale ja byłem szybszy. Odwróciłem się i rozbijając witraż wyleciałem przez okno. Czułem się jak ptak, ptak któremu Zeto nigdy nie poodgryza skrzydeł.


Szedłem od miesiąca bez celu. Włóczyłem się tu i tam nie mając określonych zamiarów. Co mnie uratowało od śmierci kiedy wyskoczyłem? Morze, które kochałem bardziej od czegokolwiek na świecie. Teraz po trudnej przeprawie przez wiele mil morskich dotarłem w końcu na stały ląd. Od tamtej pory cierpiałem z powodu śmierci Thale która była moją jedyną rodziną. Z tej rozpaczy błąkałem się tu i tam. Aż nagle doszedłem na małą polanę w środku lasu. Niebyła zbyt duża, ale idealnie nadawała się na krótki odpoczynek. Położyłem się pod wielką sosną i starałem zasnąć. Jednak coś mi przeszkadzało. Jakaś przedziwna muzyka. Niepodobna do jakiejkolwiek którą w życiu słyszałem. Była tajemnica, straszna i zarazem piękna. Bałem się otworzyć oczy by nie rozpędzić tych marzeń sennych. Ale to nie był sen tylko jawa. Odczułem czyjąś obecność na polanie. To coś było mną zaciekawione, zbliżyło się i przyglądało mi uważnie. Delikatnie rozchyliłem powiekę i dostrzegłem driadę. Miała zieloną skórę i długie brązowe włosy. Jej szaty wykonane były z niebieskiego jedwabiu. Twarz miała długą i pociągłą, a oczy wyglądały jak dwie niezapominajki. Kucnęła przy mnie i uśmiechnęła się. Podniosłem głowę i nawiązaliśmy kontakt wzrokowy. Dalej nie przestawała się uśmiechać. Ciekawość ustąpiła sympatii.
-Jak cie zwą?
-Hyperion. Jestem wilkiem z wyspy Disir. I...- zaciąłem się. Wkurzała mnie moja nieśmiałość. Driada zachichotał.
-Ja jestem Dar opiekunka tej polany. Nie znam takiej wyspy o której mówisz. Ale wiem, że samo wymawianie tej nazwy sprawia ci ból.
Wstała.
-Choć zjemy coś.- machnęła ręką, i na ziemi przede mną pojawił się kosz pełen owoców i warzyw. Uśmiechnąłem się zażenowany.
-Nie jem owoców.
Zmarszczyła brwi.
-A ja mięsa.
Roześmialiśmy się i od razu zrobiło mi się lepiej na duchu. Przez cały ranek gawędziliśmy o tym i o tamtym. Było niesamowicie. Pokazywała mi różne sztuczki z zamienianiem owoców w chodzące stworki, rysowaniem w powietrzu i zmianą postaci. Dołączały do nas jej siostry i wspólnie świetnie się bawiliśmy. Wydawało mi się już, że tak będzie zawsze, a jednak... Do moich uszu doleciało wycie tak przeraźliwe, że aż się wzdrygnąłem. Było w nim błaganie o pomoc, a je nie mogłem tego zbagatelizować.
Wstałem. A następnie odpowiedziałem na odzew. Driady wymieniły ze mną porozumiewawcze spojrzenia. Czułem ich napięcie. One również podniosły się z ziemi. Dar przekazała mi myślowy komunikat „Pomożemy”. Uśmiechnąłem się.
Wtedy każda driada zamieniła się w wilka prócz opiekunki polany. Ta przybrał kształt wielkiego ptaka. Puściła do mnie oko i wzbiła się w powietrze. Przyjrzałem się mojej armii i ruszyliśmy.

Widok który dostrzegłem po przybyciu na polanę był paraliżujący. Zobaczyłem gryfa i wilka ze SPIŻU! Na przedzie stał rudy samiec, a kiedy nas zobaczył wyszczerzył kły. A tam w kwiatach coś jeszcze leżało. Moja magiczna „wataha” gotowała się do ataku, ale ja ją powstrzymałem. Widziałem, że się nas bali. W końcu jak dwadzieścia dorosłych wilków w dodatku z wielkim ptakiem latającym nad głowami nie może siać strachu? Wilk ze spiżu uciekł, a gryf był gotowy do lotu. Widziałem jak ten rudy wdrapuje się na grzbiet gryfa i odlatuje. Uśmiechnąłem się. Driady z powrotem przybrały swój poprzedni wygląd i teraz szeptały między sobą.
Podbiegłem do tego czegoś w kwiatach i mnie zatkało. To była Izis! Spojrzała jeszcze na mnie i straciła przytomność.

Kiedy się ocknęła wyglądała jakby zobaczyła upiora. Chciała uciekać, ale nie zdołała wstać.
-Ja...- wydyszała.
-No...- wyszeptałem. Onieśmielała mnie jeszcze bardziej od innych. Spojrzała mi w oczy i o mało co nie dostałem zawału.
-Jak mogłaś nie jeść przez OSIEM DNI?!- wrzasnąłem. Skuliła uszy. Spojrzałem błagalnie na Dar która pokręciła tylko głową.
-Nie ruszaj się stąd zaraz wracam.
Nie wiem jakim cudem udało mi się złapać dwa króliki w przeciągu kilku minut. To na pewno było działanie jakiejś nadzwyczajnej siły której nie rozumiałem. Wróciłem na polanę, bardzo zły na nią jak mogła się doprowadzić do takiego stanu. No cóż, znałem ją na wylot, w końcu wychowywaliśmy się razem. Widziałem jak łapczywie pochłania zdobycz. Kiedy skończyła na jej pysk zawitał uśmiech.
-Dzięki. A teraz opowiadaj.
Zdałem jej krótkie sprawozdanie z całego mojego życia od momentu kiedy się rozstaliśmy. Izis była dobrym słuchaczem. Nie przerywał. Kiedy dobiegłem do końca miała dziwną minę.
-I co zamierzasz?
-Iść przed siebie.
-Jesteś pewny?
-No chyba, że masz lepszy pomysł.
Uśmiechnęła się.
-A wierz, że mam?

Nie wiem jak Mroczny na mnie zareagował. Nie mogłem odczytać jego uczuć, a jego myśli kompletnie wychodziły poza zasięg mojej mocy. Może to dlatego, że byłem tak zaaferowany tym wszystkim. Alfa watahy Izis pokiwał głową.
-Witaj w watasze cierpienia i zagłady. Oto twój nowy dom. Ale musisz wiedzieć. Zrobię wszystko by moja wataha była bezpieczna i zawsze możesz na nas liczyć. Twoją nową rodzinę.
Uśmiechnąłem się to był mój szczęśliwy dzień. Pierwszy od bardzo, bardzo dawna.


Ciąg dalszy nastąpi...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz