Wszystko działo się tak gwałtownie, mój mózg z każdą chwilą rejestrował inny, błędny obraz, a szare komórki szastały mną jak małym, pluszowym misiem. Ledwo trzymałam się na łapach, stawiając je delikatnie i ostrożnie, tak jakbym bała się na coś nadepnąć. Chrupot śniegu pod nimi powodował tylko coraz większy ból głowy, a światło powoli wschodzącego słońca raziło moje zmaltretowane oczy. Dość! Wykrzyknęło moje wewnętrzne „ja”, zmuszając mnie do upadku. Z ogromnym hukiem uderzyłam o podłoże tracąc przytomność.
Widma dzieciństwa wdarły się do mojego umysłu, pokazując kolejne obrazy. Walka i śmierć nie ustępowała mi ani na chwilę. Coś mną szarpnęło, silny, zuchwały chwyt gwałtownie postawił mnie na nogach. Jeszcze jedno szturchnięcie i słowa tak dobrze mi znane „ Obudź się Lilio! Skarbie wstawaj! Musimy uciekać” A potem już tylko ogień pożerający moją rodzinę i przyjaciół…
- NIE! – wykrzyknęłam ile sił w płucach, budząc się nagle i rozglądając na około. Byłam sama, do mojej jaskini docierało niewyraźne światło poranka, a ogień przygasał. Podniosłam się bez problemu, próbując zapomnieć o koszmarze, który właśnie mnie nawiedził. W małym wodospadziku wpływającym do jeziorka umyłam się. Zimna woda otrzeźwiła mój umysł, powodując przyjemne dreszcze. Moje mięśnie, wyraźnie pobudzone zabrały się do pracy. Wyszłam na dwór i dziarskim krokiem przemierzyłam plac główny. Zapukałam do drzwi jaskini Ascety. Otworzyła mi, jeszcze zaspana, mrużąc oczy i przyjrzała dociekliwie.
- Masz może pożyczyć żurawinę? – zapytałam cicho, tak jakby to była tajemnica
Moja przyjaciółka spojrzała na mnie jak na wariatkę, po czym mruknęła lekko poirytowana:
- A borówka może być? – zapytała z ironią w cichym głosie. Obie się zaśmiałyśmy i uśmiechnęłyśmy do siebie.
- Będziesz wolna po południu? To pójdziemy na polowanie?
- Jasne
- To do zobaczenia – odparłam i odwróciwszy się poszłam dalej
- … pa – zawołała za mną
Ruszyłam w kierunku złotej plaży. Właśnie tam ostatni raz spotkałam Arona. Wspomnienie jego zimnego, a zarazem pełnego spokoju spojrzenia przyprawiło mnie o dreszcz, ale nie nieprzyjemny dreszcz, z którym stykamy się podczas kąpieli w lodowatej wodzie, tylko przyjemny, pochodzący z naszej głębi. Podskakiwałam wesolutko, zapominając o złych snach i wspomnieniach. Nie rozumiem czemu, ale wiedziałam, że on tam będzie, dlatego przyspieszałam kroku z każdą sekundą. Nawet nie zauważyłam kiedy zaczęłam biec. Moje silne łapy uderzały o ziemię w niesamowitym tempie, wybijając równomierny rytm. Klatka piersiowa falowała lekko niczym wody oceanu. Bieg sprawiał coraz większą przyjemność, powietrze z kolei bez problemu docierało do moich zapracowanych płuc współpracując z nimi. Silne kopnięcie zwaliło mnie z nóg. Straciłam dech w płucach. Prawie zemdlałam, wtedy go zobaczyłam, czarne futro Scarlatta, lśniło, a jego błyszczące oczy wpatrywały się we mnie, niczym ślepia demona.
- Czego tu szukasz, szmato? – zawarczał dziko
- Nie twój interes gnido – wydyszałam, zbierając siły po uderzeniu.
Było ich coraz więcej, a zbierałam je tylko w jednym miejscu… łapach… Gromadząc ich jak najwięcej zadałam jedno silne kopnięci i korzystając z nieuwagi przeciwnika wzbiłam się w powietrze. Nie latałam od tak dawna, że każde machnięcie srebrzystych skrzydeł sprawiało kłucie. Leciałam coraz szybciej, machając mechanicznie i wyciągając szyję przed siebie, przyspieszając lot. Opadłam na złotą plażę, uderzając o ziemie zmęczonymi łapami. Czułam, że niedaleko stąd syn Mroka, szuka mojego zapachu, zdenerwowany, pełen gniewu…
- A jednak jesteś? – usłyszałam jego głos, przebiegły przeze mnie ciarki, a spoglądając w jego kierunku ponownie, zapomniałam o bożym świecie, nawet o Mortale…
- ciąg dalszy nastąpi -
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz