wtorek, 19 lutego 2013

Opowiadanie od Mrocznego


Po kolejnych dniach, które mijały mi coraz szybciej, zaczęły mnie oplatać korzenie piekieł. Martwiąc się, że niedługo nie będę mógł się stąd wydostać, musiałem wymyślić plan powrotu do domu, razem z Hariett. Już nie czułem bólu, ale wściekłość dosięgała wszystkich moich komórek. Od wczoraj w moim pałacu gościł Nikifor, okazało się, że jest niesamowity. Postanowiłem odebrać ją siłą. Wszyscy wiedzą, że piekło ma silniejszą armię… mimo tego, że Hades liczniejszą. Jednak wojna, nie prowadzi do niczego dobrego – szeptał mi głos pozostałej we mnie litości. Zostałem w dołku, ale wrócić musiałem. Dosięgały mnie wyrzuty sumienia, jak mogłem zostawić wszystko, nawet syna, by zaspokoić swoje egoistyczne pragnienie. Zdenerwowany ryknąłem, tak, że pałac się zatrząsł, a wszystkie jego szyby wybuchły, od nadmiaru mojej mocy. Zacząłem nią ciskać o wszystko, już nie byłem dawnym sobą. Odpychałem demony próbujące mnie uspokoić. Mądrzejsze się chowały. Szedłem niszcząc wszystko i rycząc. Moje czerwone ślepia penetrowały wszystko dookoła. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, czym się stałem… wyrwałem bramę dzielącą Hades od Piekła i jednym zwinnym ruchem przeskoczyłem Styks. Potem, gdy dotarłem do Cerbera, ten podkulił się na mój widok. Wszystko, co działo się wcześniej nie wzbudziło mojego zdziwienia, ale to zdecydowanie tak. Cerber wielki obrońca bram Hadesu, kuli się na widok obcego. Spojrzałem na swoje odbicie w rzekach Styksu, a moje serce widząc ojca w dniu, kiedy ruszał na Hades, przed zawarciem pokoju, sam się przestraszyłem. Wielki czerwony łeb, z dwoma wielkimi czarnymi rogami. Wielkością dorównywałem teraz najwyższym drzewom ziemi. Klatka piersiowa, była tak umięśniona, że nie mogłem w nią uwierzyć, i te tylne nogi… bałem się sam siebie. Jednak znów zapanowała we mnie złość i ryknąłem na Cerbera rozchylając okropną paszczę. Zwierze podkuliło się jeszcze bardziej i przepuściło mnie przerażone.
Znów szedłem, rozwalając wszystko co mi przeszkadzało. Gdy dotarłem do bram pałacu, drogę dzielnie zagrodziły mi strażnicy. Odepchnąłem ich jednym ruchem umięśnionej łapy i wszedłem do wielkiego zamku. Siejąc w nim spustoszenie, dotarłem do komnaty tronowej, i tam zastałem Hadesa z wymalowanym niepokojem na twarzy jednak z racją siedzącego na swoim złotym tronie.
- Oddaj mi ją! – ryknąłem, ziemia się zatrzęsła, a posadzka skruszyła, tworząc pył.
- Trochę kultury, Belzebubie młodszy!
Podszedłem do niego i złapałem za gardło.
- Oddaj mi ją – powtórzyłem
- Niestety…
Wtedy jednym zwinnym ruchem, złapałem go za gardło i wywlokłem pod otwór, prowadzący do Tartaru.
- TERAZ! – to już nie były żarty… a władca Hadesu to wiedział
- Już…. Dobrze…
- TERAZ! – ryknąłem i pchnąłem go w kierunku Tartaru, tak ż gdyby nie to, ż go trzymałem wpadł by tam.
Otoczyła nas jego armia, sycząc na mnie.
- Krok, a go zrzucę – syknąłem
Demony i zjawy zamarły przypatrując mi się uważnie.
- Mroczny, porozmawiajmy o tym w spokoju, moja córka…
Zdębiałem, jak on nazwał Har… moja córka. I wtedy coś stanęło mi przed oczami, obraz z odległego dzieciństwa.
„Hades stał nos w nos ze mną. 
- Kiedyś wyjdziesz za moją córkę, a wtedy twoje królestwo będzie moje!”
Nie, to jedyne co przeleciało mi przez głowę…. Hariett to tylko wysłaniec Hadesa, mający zdobyć moje serce, a potem królestwo. Nie było już demona, był tylko srebrzysty skulony wilk, a jego serce przepełnione było tak wielkim żalem, że stać go było tylko na wycie. I łzy, wielkie łzy spływające po jego pięknych policzkach. Podniósł się powoli, i odszedł. Wszyscy ze zdumionymi minami przepuszczali go, a on szedł, i nie zwalniał, aż do dojścia do swojego pałacu. Wszystko było już naprawione i posprzątane, a demony ze strachem w oczach witały, pana, który szedł w milczeniu z opuszczonym łbem – to byłem ja.
Padłem na piękne zasłane łoże i zasnąłem. Nic nie mogło opisać cierpienia otulającego moje zimne serce. Rano obudziłem się i podjąłem stanowczą decyzję. Królestwo piekieł musi mieć władcę, a nie będzie to Hades, nie doczeka się tego. Po chwili do mojej sypialni wpadł Nikifor.
- Słuchaj Mroczny…. – cały promieniował, a ciało, które mu oddałem powodowało, że wyglądał tak radośnie na tle smutku piekła – Skar, jest u bram…
Radość, to jedyne, co we mnie pozostało na te parę chwil. Później pojawił się pomysł…
Kazałem przygotować wspaniałą ucztę, przywitać Skara i przyprowadzić jak króla. Gdy mój brat podszedł w obstawie demonów. Powitałem go serdecznie. Popatrzyliśmy sobie głęboko w oczy. Oboje zobaczyliśmy tam głęboki smutek.
- Ty pierwszy – zacząłem
- Zostawiłem ją, samą… biedactwo cierpi. Znów ją straciłem. ZNÓW!
- Spokojnie…
W TYM SAMYM CZASIE  - oczami Sayony
Siedziałam pochylona nad ciałem Skara. Płakałam. Smutek i żal. Cierpienie i ból. Nic mnie już nie trzymało na ziemi. Nic, tylko cierpienie. Płakałam a nieruchome ciało skara, wydawało się coraz piękniejsze. Kochałam go, tak bardzo. Tak bardzo go potrzebowałam tęskniłam. Nie myśląc o tym, co robie popędziłam przez las. Biegłam, bez chwili odpoczynku. Wyjąc i skomląc i po prostu płacząc, dotarłam do krawędzi wielkiego klifu. Pode mną szalały fale. Powoli zaczęłam liczyć.
…raz – jedna wielka łza
… dwa – wielka siła w łapach
… trzy – skok
Fale zalały moje płuca zimną wodą. Dusiłam się, ale nie próbowałam się wydostać. Nie walczyłam. Ból rozrywał mnie na kawałki…
- Skar… - spróbowałam szepnąć, ale z mojego pyska wyleciał ostatni bąbelek powietrza, nic więcej.
A potem nie było już nic.
OCZAMI MROCZNEGO
Nagle Skar upadł, skulił się i zaskomlał przeraźliwie.
- Sayona… - jęknął – ona… nie żyje.
- Spokojnie, zaraz tu będzie….
- A jak trafi do Hadesa…
- Czuje jak wędruje do nas, spokojnie bracie.
Mój brat zasnął. Kazałem go położyć na najwspanialszym z naszych łóżek. Później rozkazałem, przyprowadzić do nas Sayonę. Gdy po godzinie stanęła pod bramą, spojrzała na mnie i uśmiechnęła się delikatnie.
- Mroczny…  tak dawno się nie widzieliśmy… - westchnęła cicho
- Na pewno jesteś głodna, wejdź – odpowiedziałem uprzejmie.
Oddałem jej ciało. Przy kolacji rozmawialiśmy o moim planie,
Skar zszedł prawie na jej koniec. Widząc Sayonę, przytulił ją mocno i pocałował.
Później i on dowiedział się o moim pomyśle i zgodził się n niego. Od dziś to, on pod moją nieobecność stał się panem piekieł, a Sayona jego królową. Mi pozostało tylko wrócić.
Zapakowałem swoje ulubione księgi, i ruszyłem. Pod bramą na ziemię jeszcze raz spojrzałem na mojego brata i Say. Uśmiechnięci pomachali mi na pożegnanie.
Przekroczyłem bramę, i znów stałem na swojej ukochanej ziemi. W sercu pozostała już tylko pustka… moja Harr, jej ciał oddano Hadesowi. Zielony świat, który mnie otaczał oznaczał powrót do ukochanego domu. Rozejrzałem się po pięknej polanie.
Zapach leśnych roślin, dotarł do mnie z oddali. Ale nie byłem rad. Ciągle myślałem tylko o niej. Powoli zbliżałem się do terenu watahy, moje kroki robiły się coraz szybsze. Gdy przekroczyłem granicę, poczułem niesamowite ciepło. Wiedziałem co mam robić. Nie zajmować się sobą, tylko rodziną, a nią była i jest cała wataha. Pilnować jej, i chronić przed napastnikami. Wychodząc na polanę główną, zobaczyłem, że nikogo nie ma. Pewnie nadal się zbierają, po walce z armią cienia i wspaniałym zwycięstwa. I wtedy dotarło do mnie, że straty na pewno są większe niż tylko Sayona i Skar. Zawyłem nawołująco. Po chwili odpowiedziały mi trzy radosne wycia z południa, potem 2 z północy i 2 ze wschodu. Za mało… nie słyszałem Blaze’a. Smutek… kolejny wielki smutek. Jednak nie okazując go dumnie stanąłem na środku polany, pod naszym świętym drzewem i czekałem. Najszybciej dobiegła Shide a za nią Lil. Obie zaczęły się o mnie ocierać i skomleć ze szczęścia. Następnie na polanę wpadł Shoun. Kolejni byli Ashta, Drocolih i Amnestia. Wszyscy radośnie się o mnie ocierali. Wyli i szczekali. A ja razem z nimi. Mimo strat, wszyscy się cieszyliśmy. Byliśmy razem. A Ci, którzy nas opuścili, były z nami na zawsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz