Już na samym poczatku mojego istnienia, moje życie przestało przypominać beztroską szczenięcą sielankę. W trakcie mojej pierwszej zimy kłusownicy zaczęli osiedlać się na terenach naszej watahy. Tępili wszystko co stanęło im na drodze. Gdy sytuacja zaczęła się pogarszać, alfy rozpoczęły tyranię. Zabierały dla siebie całe jedzenie. Ja z moimi rodzicami- betami- oraz rodzeństwem- Izis, Loganem i Charliem- ze względu na stanowisko rodziców mięliśmy trochę więcej przywilejów niż zwykłe wilki. W czasie największego głodu działo się dużo okropnych rzeczy, jednak najbardziej wrył mi się w pamięć dzień, w którym objawiła się moja trzecia moc. Furia.
***
Deszcz padał od kilku dni. Do tego jeszcze sypał śnieg. Chodziłam po lesie i szukałam ojca, a dawno owinien był wrócić z polowania.
- Tato!- krzyczałam, jednak nie usłyszałam żadnej odpowiedzi. Nie zamierzałam się jednak poddać. On musiał przecież gdzieś tu być. Zaczęłam biec przez las, ledwie stawiając łapy na ziemi. Jak na roczniaka byłam niesamowicie umięśniona i wytrzymała. Większość szczeniaków w moim wieku trzęsła nogami na myśl o deszczu, błocie i błyskawicach, a tym bardziej o spotkaniu z kłusownikami. Ale ja miałam kłusowników w nosie. Nagle zza krzaków wyskoczyła Izis. Była cała mokra od deszczu, tak jak ja.
- I co? Znalazłaś go?- spytała, dysząc.
- A jak myślisz?- odpowiedziałam. Usmiechnęła się do mnie w stylu 'Taa, dzięki', a ja odpowiedziałam jej lekkim uśmieszkiem.
- Logan też niczego nie znalazł- westchnęła- a Charlie jak zwawsze włóczy się z podkulonym ogonkiem.
- Szczeniak- mruknęłam pod nosem.- No dobra, lepiej szukajmy dalej, dobrze by było gdybyśmy się wyrobili przed zmrokiem.
Izis skinęła głową, po czym znów dała nura w krzaki. Popatrzyłam przed siebie, na pustą, mokrą leśną ściółkę. Gdy stawiałam na niej łapę, niemal się pode mną zapadała. Stałam tak i patrzyłam się w kawałek przemoczonego gruntu jak zahipnotyzowana, do póki nie zdałam sobie sprawy z tego, że muszę wyglądać jak jakaś idiotka. Otrząsnęłam się i pobiegłam przed siebie. W szukaniu szczególnie pomagała mi noktowizja i moje wyostrzone zmysły. Biegłam tak jeszcze kilkanaście chwil, kiedy nagle usłyszałam wystrzał. Rozejrzałam się, próbując sprawdzic z której strony dochodzi. Usłyszałam drugi. Wtedy już pobiegłam prosto przed siebie. Gałęzie drzew smagały mi twarz, ale nie zwracałam na to szczególnej uwagi. Z trudem zahamowałam przed wielkim drzewem, w które o mało nie wpadłam. W końcu, gdy dotarłam do małej polanki, zniżyłam się, pozostając nisko przy ziemi i zaczęłam przyglądać się sytuacji. Zauważyłam młodą, śniezno-białą wilczycę, otoczoną przez trzech kłusowników, którzy bili ją kolbami swoich strzelb. Kolejny cios. Wilczyca zaskomlała, patrząc się błagalnie na kłusowników.
- Przestań piszczeć- rzucił jeden, po czym, niby od niechcenia, kopnął wilczyce w brzuch. Drugi się zaśmiał.
- Szkoda, by takie piękne futro się zmarnowało- powiedział, śmiejąc się śmiechem, który bardziej przypominał rechot zdychającego hipopotama. Zmrużyłam oczy i zacisnełam wargi. Kłusownik uniósł strzelbę. Zawarczałam i odsłoniłam swoje białe zęby. Zanim zdążył się dobrze zamachnąc, już zabarwiał śnieg na czerwono. Jego martwe oczy tępo spoglądały na wilczycę, która była zbyt zdezorientowana, aby uciec. Puściłam kark kłusownika i zawarczałam na pozostałych moim czerwonym od krwi pyskiem. Już szykowałam się do skoku, kiedy nagle poczułam że cos łapie mnie za szyję. Czyjeś szczęki podniosły mnie i rzuciły o ziemię. Przejechałam po śniegu, zamykając oczy z bólu. Gdy je otworzyłam, ujrzałam nad sobą dużego, brązowo- czarnego wilka, który uśmiechał się do mnie swoimi perfekcyjnie białymi zębami. Tobias.
- Co ty...- zacięłam się. Obroża z ciemnobrązowej skóry z czerwonym znakiem kłusowników otaczała jego szyję. Zamurowało mnie totalnie, a Tobias to zauważył. Uśmiechnął się szyderczo i mocniej przycisnął mnie do ziemi.
- Nie spodziewałaś się tego, co?- powiedział- Ten Tobias, który się ze mnął bawił w berka i chowanego? To nieprawdopodobne!- dodał piskliwym głosikiem. Ale ja dokładnie tak pomyślałam. Tobias, który przyszedł do watahy ze zranioną łapa, który wyglądał tak niewinnie, który zawsze mnie pocieszał, bawił się ze mną, nosił na plecach... to wszystko... to wszystko miało byc jednym wielkim kłamstwem? Łzy napłynęły mi do oczu, ale nie zamierzałam przy nim płakać. Odwróciłam wzrok, po czym obdarzyłam go niesamowicie lodowatym spojrzeniem. Tobias zaśmiał się lekko, przybliżając swoją twarz do mojej.
- A wiesz kogo jeszcze znaleźliśmy?- spytał, co było raczej pytaniem retorycznym. Skinął głową w kierunku przyczepy, na której leżał duży, szary wilk. Źrenice mi się zmniejszyły, otworzyłam usta i wydałam z siebie dźwięk, który przypominał krzyk, pisk i westchnienie zarazem.
- Nie! Tato! Nie!- zaczęłam się wydzierać i szamotac pod łapami Tobiasa.
- Uspokój się!- wycedził, próbując przytrzymać mnie pod swoimi łapami, podczas gdy ja wciąż darłam się do ojca, który był już w innym świecie. W uszach mi dzwoniło, nie słyszałam ani kłusowników, ani Tobiasa. Nagle Tobias uderzył mnie łapą w pysk, zostawiając na nim trzy czerwone smugi. Ocknęłam się z amoku na tyle, aby zobaczyć, kogo ciągną kłusownicy. To była Izis. Ledwo przytomna, z przekrwionymi oczami, ciagnięta za nogi przez jednego z tych morderców.
- Shide...- wyszeptała.
- Izis!- krzyknęłam.
Kłusownik rzucił ją na ziemię. Wyciagnął strzelbę.
- Nie! Puśćcie ją!
- Cicho bądź szczaniaku!
Kłusownik uniósł strzelbę, trzymając za lufę.
- Zostawcie ją! Zostawcie!
Cios w głowę. Furia.
Jasnozielone światło bijące z mojego ciała rozeszło się na wszystkie strony. Odrzuciło Tobiasa, który patrzył na mnie z niedowierzaniem. Ryknęłam wściekle i rzuciłam się na kłusowników. Moje oczy tego samego koloru wyglądały jak świetliste smugi, gdy się poruszałam. Z prędkością dorównującą światłu przemieszczałam się od gardła jednego z kłusowników do drugiego. Kilkoma długimi susami dobiegłam do Tobiasa. Skoczyłam na niego, uderzając go przednimi łapami w pierś z siłą rozpędu jakiej nie da się sobie nawet wyobrazić. Kłapnęłam zębami tuż przy jego szyi, przejeżdżając mu pazurami po sierści. Wybił mnie w powietrze tylnymi łapami, wstał i otrzepał się z mokrego śniegu i ziemi. Wciąż z trudem łapał powietrze po ciosie, jaki mu wymierzyłam. Warknęłam i znów się na niego rzuciłam. Przewróciłam go i szarpnęłam za ucho, odrywając mu sporą jego część. Naparłam mocniej na jago klatkę piersiową, tak, że teraz praktycznie stałam na nim. Moje oczy, wciąż zielone od furii, spoglądały na niego wściekle. Przybliżyłam moje zakrwawione zęby do jego pyska. Widać było, że jest przestraszony w cholerę. Byłam już bliska pogryzienia mu twarzy, gdyby nie to, że w kąciku mojego oka zauważyłam wstającą Izis. To mnie totalnie rozproszyło. Odwróciłam się w jej stronę, a wtedy Tobias skorzystał z okazji i podciął mi łapy. Uderzyłam głową o coś twardego. Zawarczałam z bólu, a kiedy wstałam, Tobias był juz daleko, tworząc w okół siebię śnieżne tornado. Przypominam, że byłam wtedy szczeniakiem, nie miałam jeszcze wprawy w walkach z najlepszymi przyjaciółmi. Chciałam za nim pobiec, ale po kilku krokach zaczęłam się potykać. Oczy powoli wracały mi do normalnego wyglądu, a ja czułam się tak wyczerpana jakbym osiemdziesiąt razy z rzędu przebiegła maraton. W końcu po prostu upadłam na śnieg i zamknęłam oczy z wyczerpania. Ostatnią rzeczą, jaką ujrzałam, były żółte oczy Izis, powoli rozpływające się w ciemności.
ciąg dalszy nastąpi...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz