Wdech… oddech… Szuranie łapą po ziemi…warknięcie.
CISZA
Szum drzew… płacz, krew… zemsta
„ Zapłaci… sprawię, że zapłaci”
- NIE! – rozniosło się moje warknięcie. Ray drgnął, Hariett otworzyła gwałtownie oczy.
Próbowałem się uspokoić, ale w mojej głowie nadal kłębiły się obrazy.
„ Mroczny… Boże nie nie patrz, nie patrz….”
„ Nie możesz wskrzesić umarłych”
- Mroczny szepnęła Har.
- Tato – ziewnął Ray.
- Wszystko w porządku… po prostu miałem… zły sen
Ray podszedł do mnie i zasnął wtulony w moje futro. Słuchając jego rytmicznego oddechu szepnąłem.
- Zapłaci… sprawię, że zapłaci… - i zasnąłem
Obudził mnie Ray skaczący po mnie jak po trampolinie. Ziewnąłem leniwie i spojrzałem w rozśpiewane miłością oczy syna. „ Mój syn” pomyślałem z uśmiechem. Spojrzałem na zegar. 10 rano! – Tato! WSTAWAJ! TATO!!!
- Ray, dziś niedziela, co dzień wstaję o piątej, DAJ MI POSPAĆ synku!
- Ale… ale, tato mama Cię woła.
Podniosłe się gwałtownie, otrzepałem i spojrzałem w swoje odbicie w tafli wody. Raymond uśmiechnął się z triumfem w oczach.
- Czego mama potrzebuje?
- Zrobiła śniadanie – uśmiechnął się
Wyciągnąłem się leniwie i poszedłem do kuchni. Hariett nuciła pod nosem i zawzięcie próbowała przełożyć mięso zająca do miski, tak by go nie uszkodzić. Kto by się spodziewał, że to ja będę tu mistrzem kuchni. Cichym zgrabnym krokiem do niej podszedłem i…
- Pomóc Ci, aniołku? – szepnąłem jej tuz przy uchu
Przez jej ciało przebiegł dreszcz. Zaczęła szybciej oddychać. Zadowoliła mnie jej reakcja. Wziąłem nasze miski i zwinnie przerzuciłem mięso zająca. W ciszy zaczęliśmy jedzenie. Po śniadaniu podszedłem do Har, i pocałowałem ją.
- BLLLLLLLLEEEEEEEEEE! – zaśmiał się Ray
- Pa kochanie, idę popracować.
- Nawet w niedziele nie masz dla nas czasu?
- Przykro mi kochana…
Wyszedłem z naszej jaskini. Truchtem przemierzałem las. Gdy dotarłem do czarnej skały przyłożyłem łapę to ukrytego guzika i grota zatrzęsła się. Pojawiło się wejście. Szepnąłem hasło i wejście się otworzyło. Pomieszczenie wyższej rady… Było bardzo durze i miało jeszcze drzwi do innych pomieszczeń należących do mnie. Po przeciwległej ściany do wejścia znajdował się wielki kominek. W rogu był mały wodospadzik z jeziorkiem. Wszedłem do kuchni. Zajrzałem do szuflady z zapasem veritaserum. 45 butel… 44! Skar!
Zagrzałem wodę. Zamknąłem szafkę potem wszedłem do zamkniętego ogrodu. Był to dziki las w wielkiej grocie. Mnóstwo kwiatów. Ściany wymalowane były na granatowo i w gwiazdy. Było to bardzo piękne miejsce.
Wszedłem do pomieszczenia głównego. Rozpalałem w kominku, aż poczułem drganie jaskini. Nie odwracając się mruknąłem
- Skar…po co Ci było MOJE veritaserum?
- Yyyyyy…
- ODPOWIEDZ – mój głos rozniósł się po grocie
- No.. Sayona… ona… ja … musiałem wiedzieć…
- Nie ma sprawy…
- Musimy stworzyć wyższą radę watachy.
Kiwnął głową
- Już to ogłosiłem
Znów kiwnął głową
- Oświadczyłeś się już Sayonie?
Zaczerwienił się
- Nie, a ty
- NIE
- No widzisz…
*** ciąg dalszy… - no wiecie XD ***
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz