wtorek, 19 lutego 2013

Opowiadanie od Hyperiona


Nie sądziłem, że go jeszcze kiedyś spotkam. Stał koło drzewa i uśmiechał się drwiąco.
Jego czarna jak smoła sierść poruszała się pod wpływem delikatnego wiatru.
Nic się nie zmienił.
-Kopę lat co?
W niebieskich oczach mojego brata migotały iskierki szaleństwa.
-Zależy...- odburknąłem.
Jeszcze mi tylko jego brakowało.
-Ej, no weź! Nie cieszysz się?
Miałem ochotę rzucić się na niego.
Jak śmiał zachowywać się w ten sposób? Po tym wszystkim co mi zrobił? Zostawił na pastwę ludzi, ratując się samemu ucieczką w las?
To było w jego stylu. Stylu tchórza.
-Nie!
-Spokojnie braciszku! Po co od razu te nerwy? Przyszedłem tylko pogadać.
-O czym?
Przestał się uśmiechać i podszedł bliżej.
-Do jakiej watahy należysz?
-Nie twoja sprawa.
Vas skiną głową i jak na komendę z cienia wyszedł inny wilk.
Nie znałem go.
Był szaro- brązowy o pomarańczowych oczach.
Szedł z podkulonym ogonem jak na skazanie. Minę miał posępna i cały się trząsł.
-Poznaj proszę Charliego.
Wilk podszedł do nas i głośno przełkną ślinę.
-Hej...- tyle zdołał z siebie wykrztusić. Vas przewrócił oczami.
-No w każdym razie, powracając do tematu...- spróbował się uśmiechnąć, ale nie wyszło mu to zbytnio. Wyszczerzył tylko w jakiś dziwny sposób pysk.- Do jakiej watahy należysz?
O co mu chodziło? Zwariował? Możliwe. Uderzył się dość mocno w głowę? Z pewnością.
W ziołem głęboki oddech by nie stracić panowania nad sobą.
Spokojnie odpowiedziałem na pytanie.
- Do Watahy Cierpienia i Zagłady.
Vas spojrzał na mnie spode łba.
-To od niej odejdź.
-Co!?
-Posłuchaj bracie, szykuje się wojna. Lepiej się do tego nie mieszaj. Logan widział przyszłość. To nieuniknione.
Jaki Logan?
Nie mogłem odczytać myśli mojego brata. Były zbyt dobrze chronione zaklęciem. A Charlie powtarzał cały czas tylko „Nie zemdlej, nie zemdlej...”
O co w tym wszystkim chodziło?
Moja cierpliwość powoli się kończyła. Nie wiedziałem czy wytrzymam.
-Posłuchaj uważnie. Mam własne życie. I nic ci do niego. Wracaj do tego Logana i dalej bój się swojego przeznaczenia. Ja mojemu stawię czoło. A teraz wynoś się z terenu watahy do której przynależę!
Mina mu stężała.
-Doprawdy? Ja się boje?
Też był na granicy.
-Tchórzysz za każdym razem kiedy widzisz białą mysz. Walka nie jest dla ciebie.
Vas skoczył na mnie i przydusił, do ziemi.
-Odszczekaj to!
Charlie zaskomlał.
-Uspokójcie się! Proszę was ładnie! Przestańcie...
Vas go jednak nie słuchał.
Zacząłem się miotać. Przewierciłem mojego brata na plecy, ale za nim zdarzyłem wstać Vas znowu zaatakował. Rozciął mi pazurami policzek. Krew poplamiła ziemię.
-Nie!
Głos Charliego toczył się echem po mojej głowie kiedy spadałem w przepaść. Vas został na górze. Miał ranę na boku, a jedno oko stało się białe.
Co ja zrobiłem...? O rany, co ja zrobiłem...!?




Kiedy obudziłem się, wszędzie panowała ciemność. Było mi duszno i gorąco. Z trudem nabierałem powietrza.
Rana piekła niemiłosiernie.
Spróbowałem się podnieść, ale przednia łapa nie pozwoliła mi na to.
Była złamana. Parsknąłem histerycznym śmiechem.
Gdzie ja u diabła jestem?
Powoli ogarniała mnie panika. Czułem się coraz słabszy.
Moje zmysły były coraz słabsze, a umysł pracował już wolniej. Ale to nie przeszkodziło mi w dosłyszeniu uderzeń czyiś łap o dno tunelu. Bo z pewnością w takim się znajdowałem.
To coś się zbliżało. Odór zgniłych ryb coraz bardziej nabierał na sile. Serce podchodziło mi do gardła. Zmusiłem się do ostatniego wysiłku i usiadłem by móc, dowiedzieć się co za chwilę schrupie mnie w całości. Kroki ucichły. A ja spojrzałem trochę wyżej.
-O bogowie!
Para wielkich czerwonych oczu jarzyła się tuż nade mną. Zamarłem w bezruchu. Czekałem co będzie dalej. Nagle z ciemności dobiegł mnie syczący głos.
-No proszę, proszę, proszę! Co my tu mamy? Śniadanko? Ha, ha co to będzie za wspaniała uczta...

-Ciąg dalszy nastąpi-

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz