Sen
Biegłam po łące pełnej kwiatów tak kolorowych, jak kolory mogą być kolorowe. Biegłam bez celu, aż w pewnej chwili cudowne kwiaty zaczęły zmieniać się w stwory o wyglądzie strasznym, trudnym do opisania, bezkształtnym, ale mnie wydawało się, że wszystko to jest naturalne. Było ich coraz więcej i więcej. Im kwiat był piękniejszy tym stwór był okropniejszy. Im bardziej się bałam, tym więcej kwiatów zmieniało swoją postać. Biegłam między nimi, ocierałam się o te postacie. Jedne były oślizgłe po których spływał lepki, śmierdzący śluz. Inne były twarde, jak kora drzew i tak szorstkie, że po ich dotknięciu przecierało się moje ubranie, a na skórze pojawiała się krew. Starałam się biec coraz szybciej, ale kwiaty zamieniające się w straszydła coraz częściej stawały mi na drodze. Wymijałam je, potykałam się o nie, zderzałam się z nimi za każdym razem czując ból i coraz większy strach. Moje ręce, nogi, twarz, całe ciało było coraz mocniej podrapane, a niewielkie strużki krwi spływały po każdym jego fragmencie. W końcu nie mogłam uciekać. Stworów było tak wiele, że nie sposób było przedostać się między nimi. Stanęłam i obracając się wokół własnej osi patrzyłam, jak wszystko co mnie otacza zbliża się tak, jakby chciało mnie pochłonąć. Nagle znieruchomiałam, a z moich ust wydobył się krzyk.
- Nie! Nieeeeeeee...... Nie boję się was!
I naprawdę przestałam się bać. Trudno mi powiedzieć czy strach minął dlatego, że w pewnym momencie zrobiło mi się wszystko jedno, iż moje strachy mnie zgniotą, czy może postanowiłam im stawić czoła i walczyć. Nie wiem skąd w moim śnie nabrałam tyle odwagi, ale efekt był taki, że łąka ponownie zaczęła się ścielić kwiatami we wszystkich kolorach wszechświata. Im więcej nabierałam pewności siebie, tym szybciej potwory zmieniały swoją postać i ze szkarady przeistaczały się w piękno. Obudziłam się nagle i biorąc pod uwagę wydarzenia ostatnich godzin nie byłam pewna czy to był sen, czy może ponownie, tym razem nieświadomie, opuściłam swój organizm i znalazłam się w miejscu, które jest niedostępne nikomu poza tymi ludźmi, których świadomość może wędrować poza ciałem. Jak każdy człowiek po bardzo sugestywnym śnie zaczęłam zastanawiać się cóż on miał oznaczać. Jakie przesłanie mi niesie. Czy to jest jakaś przepowiednia z zaświatów, która mówi co stanie się w przyszłości, czy może przestroga przed czymś czego nie powinnam robić. Pierwsze co przyszło mi na myśl, było to, że wychodzenie z własnego ciała może się dla mnie skończyć tragicznie i na wszelki wypadek obiecałam sobie, że więcej tego nie zrobię., nadeszła kolejna koncepcja. Strach i odwaga. To co paraliżuje, powoduje ucieczkę i nie pozwala podejmować właściwych decyzji kontra stawianie czoła największym przeciwnościom. Strach ogranicza, odwaga daje siłę do działania. Strach powoduje, że nie widzimy wyjścia trudnej sytuacji. Odwaga pozwala znajdować właściwą drogę i udowadniać, że to co pozornie było bez wyjścia, posiada wiele drzwi. Odwaga pozwala chwycić za klamkę, by te drzwi otworzyć. Strach, gdy nawet pozwoli dostrzec te drzwi i tą klamkę, to nie pozwala, aby zrobić krok naprzód, nie pozwala wyciągnąć ręki, by nacisnąć klamkę i wydostać się z miejsca w którym nie chcemy być. Lecz jak zwalczyć strach? To tak łatwo powiedzieć „nie bój się”. Tyle jest rzeczy na świecie, które powodują strach i wtedy mówienie „nie bój się”, gdy rzeczywiście się nie boisz jest bzdurą. Rozmyślałam o strachu, który ostatnimi czasy tak często mi towarzyszył i przyjęłam kolejne postanowienie. Przestanę się bać! Żeby nie wiem co przestanę się bać! Wszystko co mogłoby mnie przestraszyć, będę straszyć ja, a wtedy strach będzie się bał mnie, a nie ja jego. Lecz czy to postanowienie ma w ogóle jakiekolwiek możliwości realizacji? Wtedy nie wiedziałam co mnie jeszcze czeka. Raczej nie, ale zawsze warto spróbować. Zamykając swoje rozmyślania westchnelam głęboko.Podniosłam się leniwie i spoglądając w niebo zawyłam głośno. Łapa nadal mnie bolała, nie szło iść dalej, a musiałam jakoś uciec z terenu łowieckiego. Miałam nadzieję, że jakiś inny wilk mnie usłyszy i pomoże mi się stąd wydostać. Łzy napłynęły mi do oczu, kiedy usłyszałam głos kłusowników:
- Jestem pewny, że to wycie dochodziło stąd!
- Błagam Morale, popadasz w jakąś paranoje!
- Tak?
Usłyszałam krzyk i wystrzał. Podczolgalam się i schowałam w krzakach, dalej nassłuchając.
- Głupi kundel tylko mnie pouczał, niech se gnije- zasmial się syderczo.
Narastała we mnie złość, a więc to był pies... Może ich nie lubiałam, ale coś we mnie pękło. Siedzialam jednak cicho, bo wiedziałam, że atakowanie w gniewie, a zwłaszcza kiedy ma się złamane żebra i łapę nie popłaca. - Gdzie jesteś głupi wilku, brakuje mi twojej głowy na ścianie. Nie bałam się, złość dodawała mi siły i widząc go niedaleko, nie bacząc na przenikliwy ból... Skoczylam z łzami boleści w oczach, wpadając na niego i wygrywając się w bark. Przerażony krzyknął, sięgając po broń i wyrywają się z mojego uścisku. Wbiłam pazury w pierś, a szczękę zatopilam w jego szyii, korzystając z ostatnich sił wystrzelił w mój brzuch, pisnelam i padłam. On za mną, krwawiąc i dyszac. Po jakimś czasie jego oddech ucichł, choć ja nadal się męczyłam. Płakałam ze swojej głupoty, nie chciałam umierać... Biorąc ostatni dech, jeszcze raz zawylam. Odpowiedziało mi ciche wycie z północy. Zalała mnie ciemność, zaczęłam się dusić, zemdlalam.
--- ciąg dalszy nastąpi --- -
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz