Biegłam nie oglądając się za siebie. Człowiek! To nie dopuszczalne! I jeszcze z nim rozmawiałam! Mroczny na pewno wywali mnie z watahy!
Moje łapy uderzały o ziemię. Czułam zmęczenie, ale musiałam dać z siebie wszystko.
Jason mówił mi o Loganie. Opowiadał o częstych atakach wilków na ludzi.
„Spokój został zachwiany, czarne chmury zbierają się nad horyzontem. Coraz częściej wschodzi czerwone słońce.” powtarzał. Co mnie postrzeliło, żeby zamienić z nim choćby słowo? Przecież to zakazane. Ludzie wybijają nas jak mrówki. Nienawidzą z całego serca! Ale on... on był inny...
Potrząsnęłam głową. To jakiś absurd.
Przebiegłam koło wielkiej sosny, minęłam mały strumyk, przeskoczyłam niewielką przepaść, zbliżając się coraz bardziej na teren watahy.
Tuż przed samą granicą stanęłam dęba. Poczułam czyjąś obecność. Kolejny raz jakiś wilk podchodził mnie od tyłu. Warknęłam. Moje oczy zmrużyły się delikatnie. Do nosa dotarł znajomy zapach, przepełniony lodem i zimnem. Przestałam go wdychać bo czułam jak powoli zamarzam od środka. Wiedziałam już teraz kto za mną stoi. To była Iyo.
-Witaj cukiereczku, jak tam humor? Dopisuje?
Odwróciłam się by spojrzeć jej prosto w oczy. Tak samo zimne jak u Wolwgana.
-A wiesz nie narzekam.
Wilczyca zaśmiała się.
-No cóż bo mnie się wydaje, że coś z tobą nie tak. Mam racje co?
Spojrzała na mnie poważnie i wybuchnęła nerwowym chichotem.
-Nie jestem Wolwganem, więc nie musisz mnie nienawidzić. Wierz mi serio nie chcę twojej śmierci. Wręcz przeciwnie. Proszę tylko o przysługę.
Tym razem ja parsknęłam. To było po prostu śmieszne. Postanowiłam sobie z niej zakpić.
-No wiesz, mam jutro wolny termin. Chętnie skoczę po duszę Wolwgana jak go zabije by móc mu jeszcze napluć w twarz.
Iyo zrobiła się czerwona.
-Nie warz się go obrażać.
Przystawiłam sobie łapę do czoła i udałam, że mdleję.
-O rany, przepraszam! Wolwganie wybacz mi tą zniewagę! Po prostu mnie poniosło! Wiem, że uraziłam twój wielce szanowny tupet, ale w końcu ja nie mam mózgu i jeszcze wielu rzeczy nie rozumiem.- padłam jej do stup.- Wybaczysz mi w jego imieniu?
Iyo skrzywiła się i podniosła łapę.
-No weź przestań. Nie zachowuj się jak Eric, a teraz przejdźmy do rzeczy. Chcę żebyś kogoś dla mnie zabiła.
Podniosłam się i o mało z powrotem nie upadłam. Co ona właśnie powiedziała?
-Że co!? Mam kogoś zamordować bo masz takie widzimisię?!
Iyo tylko machnęła łapą.
-No weź nie bądź mięczakiem! To nikt ważny! A po drugie nagroda jest warta ceny.
Wyszczerzyła kły w uśmiechu.
-Co masz na myśli?
Znowu się roześmiała.
-Aleś ty głupia! Naprawdę nie wiesz co chcę ci zaoferować? A gdyby tak przypuśćmy Mike wciąż żył i miał się całkiem dobrze?
Poczułam się nagle słabo. To nie możliwe. Widziałam jak on umierał. Jak włócznia przeszywała jego bok. Teraz to wszystko stanęło na głowie.
-Skąd mam wiedzieć, że nie kłamiesz?
Iyo przejechała pazurem po ziemi.
-Przysięgam na życie moje i Wolwgana. Mike jest z nami. Żywy!
Co mam zrobić! O rany! Nie mogę go z powrotem stracić! Dostałam szansę której nie mogę zaprzepaścić. Zacisnęłam mocno powieki. Z mojego oka poleciała samotna łza. Zacisnęłam mocniej łapy.
-Kogo mam zabić?
-Nazywa się Leo. To wilk niebezpieczniejszy nawet od ciebie. Trzeba go jak najszybciej zlikwidować. Masz czas do następnej pełni. Jeśli ci się uda poderżnąć mu gardło zjaw się w nocy nad jeziorkiem. Będziemy tam na ciebie czekać. Żegnaj Izis i nich twe łowy będą pomyślne.
Po tych słowach znikła w gąszczu krzewów.
Przez dalszą drogę nic nie myślałam. Pragnęłam tylko wrócić z powrotem do domu. Jutro się będę martwić.
Byłam coraz bliżej jaskiń i coraz bardziej wyczuwałam coś w powietrzu. Jakby wielki niepokój. Czyżby coś się stało?
Nagły ból w głowie zamroczył mi świat. Więcej już nic nie czułam. Pogrążona w nocnej ciszy z Mike przed oczami, szłam dalej...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz