wtorek, 19 lutego 2013

Opowiadanie od Izis


Dni w watasze ciągnęły się bardziej niż zwykle. Nie mogłam doczekać się zmierzchu, a kiedy wreszcie nadchodził tęskniłam do świtu. Język mi się plątał. Z trudem otwierałam pysk do kogokolwiek. Shide i Hyp przyglądali się mi ze zdziwieniem. Najwyraźniej dostrzegli zmianę w moim zachowaniu. Unikałam ich. Tak samo jak resztę. Coś mnie gryzło od momentu spotkania z Loganem. Zadawałam sobie mnóstwo nurtujących pytań. Skąd wiedział gdzie jestem? Czy współpracuje z Wolwganem i jego bandą? W jaki sposób dostał do ręki medalion Pradawnych? Czego oczekuje od mocy którą próbował mi wydrzeć? A może... głos Hyperiona wyrwał mnie z rozmyślań.
-Izis? Dlaczego nie poszłaś na polowanie? Od tygodnia nie ruszasz się nigdzie poza tą jaskinie.- spuścił głowę- Martwię się...- ale zaraz poprawił- … to znaczy Shide! Ona się niepokoi. Ja tylko...
Westchnęłam. Moje wargi delikatnie się uniosły. Hyp odwzajemnił uśmiech, ale jego był bardziej zakłopotany.
Razem siedliśmy przed jaskinią. Z tego miejsca był niezły widok na polanę. Obserwowałam właśnie jak Lily rozmawia z Aschtą, gdy mój przyjaciel przerwał milczenie.
-O czym myślisz?
Zaczerwieniłam się. Miło było z jego strony, że nie czyta w mojej głowie.
-O niczym konkretnym.
-Kłamiesz.
Przyjrzałam się swoim przednim łapą. Były pokryte mięciutkim futerkiem. Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Trudno mi było się przyznać się do wątpliwości, a szczególnie przed Hyperionem... Pokręciłam głową.
-To trudne...
-Wiem...

-Coś się boje, że nie...

-Zaufaj mi.

-Nie mogę.

Skrzywił się.

-Izis...

Coś we mnie zabulgotało. Jak on śmiał wtrącać się w nieswoje sprawy? Co sobie w ogóle myślał? Że wypłaczę się mu na ramieniu? O, nie! Ja taka nie jestem. Miałam ochotę warknąć na niego, ale rozsądek mnie powstrzymał. Wzięłam głęboki oddech.

-Wiesz... lepiej by było gdybyś się w to nie mieszał. To sprawa moja i tylko moja. Nie rozmawiajmy o tym więcej. A co z Thalą? Myślisz, że wciąż może być jakaś nadzieja?

Tym razem to ja poruszyłam drażliwy temat. W jego oczach pojawiła się nienawiść. Pazury wryły mu się w ziemię. Zacisną zęby i wycedził.

-Moja natura każe mi przytaknąć, ale zdrowy rozsądek zaprzecza.

Przełknęłam głośniej ślinę. Musiałam o coś jeszcze zapytać.

-Mówiłeś kiedykolwiek jej , o mojej tajemnicy...?

Reakcja była natychmiastowa. Powalił mnie i przygwoździł do ziemi. Dyszał. Widziałam wściekłość w jego oczach.Warkną. I odpowiedział mi przelewając w swoje słowa gniew tak potężny, że mój umysł przerwał pracę.

-Nigdy nikomu o tobie nie wspominałem! Nawet jej! Przysięgałem na swoje własne życie, że będę chronił twojej tajemnicy! A ja nigdy nie łamię raz danego słowa! Uwierz mi!

Powoli się uspokajał, a kiedy dostrzegł, że jestem kompletnie przerażona zszedł ze mnie. Widziałam, że płacze. Nie miałam jednak siły by go pocieszyć. Cała ta głupia sytuacja... Nie miała sensu. Podjęłam najgorszą decyzję w moim życiu. Pobiegłam do lasu by tam wszystko sobie poukładać.



Żmudny marsz przed siebie wykańczał moje nogi. Dostałam zakwasów i to potężnych. Każdy krok mieszał się z rozpaczą i chęcią cofnięcia czasu. Ryczałam podobnie jak Hyp. Łzy spływały mi po policzkach niczym deszcz. Głowa mi buczała, a ciało odmawiało posłuszeństwa. Miałam wszystko i wszystkich w nosie. Cokolwiek mówiłam, czy robiłam było źle. Zawsze płaciłam ja albo osoby mi drogie. Tak jak Mike...

Stanęłam jak wryta. Coś poczułam. Był to zapach CZŁOWIEKA! Nogi o mało się pode mną nie ugięły. Do głowy napłynęła mi fala wspomnień. Wszystkie wiązały się z jedną postacią. Musiałam być jednak silna. I wtedy jakby na przekór wszystkiemu zobaczyłam jego oczy. Śliczne kasztanowe. Odbijało się w nich światło. Było w nich tyle ufności i uśmiechu. Wiedziałam jednak, że to wytwór mojej wyobraźni. Coś mi po prostu strzeliło do głowy i tyle. Potrząsnęłam nią. „Nie rozkleję się” pomyślałam i maszerowałam dalej.



Gdyby nie drzewo to chyba nigdy bym się nie zatrzymała. Stałam przed ogromnym dębem. W jego korzeniach mieściła się lisia nora. Od dawna niezamieszkała przez nikogo. Wślizgnęłam się do niej i obserwowałam jak słońce zachodzi. To mnie uspokajało. Ptaki śpiewały kołysankę dla swych piskląt. Łąka w środku lasu to było coś czego mi było trzeba. Moje myśli spokojnie sobie dryfowały, a ja nareszcie mogłam się odprężyć. Wystawiłam pysk na zewnątrz. Chciałam jak najdłużej cieszyć się zapachem wieczornej rosy którą przygnała tu lekka mgła. Oczy mi się zamykały. Umysł zwalniał pracę, a ja zapadałam powoli w długi ale niespokojny sen.



Śniłam... najpierw byłam jastrzębiem. Latałam nad wyrzynani i obserwowałam samotnego jeźdźca na koniu. Galopował, a jego peleryna powiewała na wietrze. Nie zbyt byłam tym zainteresowana ale moja podświadomość nakazywała mi z jakiś nieodgadnionych powodów śledzić tego mężczyznę. Kierowaliśmy się coraz bardziej na wschód i coraz dalej, coraz szybciej. Oddychałam nerwowo. Serce bilo mi szybciej niż zwykle. Gdy nagle z lasu wyłonili się inni i teraz liczną kawalerią nacierając na niewidocznego przeciwnika. Obniżyłam lot. Skrzydła mi opadały. Traciłam prędkość. Czułam, że zaraz padnę. Leciałam już teraz tuż nad głową tego pierwszego. Zaskrzeczałam doniośle, a on na mnie spojrzał. Miał twarz niepowtarzalną. Jedyną w swoim rodzaju. Nie jestem jej w stanie opisać, bo kiedy tylko mrugałam od razu ją zapominałam. To było straszne. Ale miałam pewność, że zawsze bym ją rozpoznała. Jedyne co trwało to były oczy zielone
niczym trawa na wiosnę. I wtedy sen się zmienił. Znów byłam sobą. Leżałam w lisiej dziurze z głową wystawioną na powierzchnię. Była burza. Lał deszcz. Pioruny latały w powietrzu roznosząc woź wyładowywań elektrycznych. Ale nie to było najgorsze. Na polanie ktoś był! Jednak nie wilk, tylko człowiek,... a dokładniej dwóch. Walczyli na miecze. Nie widziałam ich twarzy, tylko migoczące sylwetki. Brzęk stali o stal. Czyjś krzyk. W tedy walną piorun na chwilę oświetlając tą scenę. Dwóch mężczyzn w zbrojach próbowało się wzajemnie zamordować. Znowu wszystko spowiła ciemność. Nic nie mogłam już dojrzeć. Rozpaczliwie pragnęłam działać, ale nie mogła. W końcu to sen. Znowu jakieś odgłosy. Zaniepokoiłam się. Usłyszałam odgłos cięciwy i wtedy piorun uderzył tuż koło nas. Dostrzegłam, że jeden z mężczyzn leży na ziemi z raną na piersi. Drugi zaś celuje w niego mieczem. Jednak coś mi nie pasowało. Zanim jednak zapadła ciemność zobaczyłam jak strzała wbija się w plecy stojącego. Więcej już nic nie widziałam. Do moich uszu dobiegły jeszcze odległe krzyki. A potem... obudziłam się.


Wyskoczyłam z nory jak oparzona. Oddychałam bardzo ciężko. Czułam jak każdy mięsień w moim ciele pracuje. Ale byłam szczęśliwa. Szczęśliwa, że to wszystko to jeden wielki bzdurny sen. I wtedy się odwróciłam, a moje serce przestało bić. Na polanie leżało dwóch ludzi. W jednym rozpoznałam tego który dostał strzałą w plecy. W drugim zaś jeźdźca który miał oczy koloru wiosennej trawy...



-Ciąg dalszy nastąpi-

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz